Miasto

Miasto to przekleństwo i magia. Miasto da ci tyle, ile zechcesz, bierz tyle, ile uniesiesz, wszystko co ma, dobre i złe, może być twoje.

Stwórca długo się zastanawiał, czy bajki powinny gdzieś istnieć, te indyjskie, europejskie, tureckie, afrykańskie, latynoskie. Stwierdził, że powinny, ale żeby to było daleko, za górami, za wzgórzami, żeby nie latały tam tanie linie lotnicze i żeby dotrzeć tam można było tylko na piechotę. Żeby ludzie owego miejsca byli tajemniczy, dziwni, niezrozumiali dla przybyszów, żeby mówili jakimś absurdalnym językiem, powiedzmy, portugalskim. Żeby było dużo słońca i żeby mogły dziać się rzeczy.

Słoneczne popołudnie spędziłam w miejscu może sto na sto metrów rozległym. Chodziłam tam i z powrotem, stawałam i obserwowałam, siadałam i miałam cały świat w jednym miejscu. Miasto postanowiło stworzyć mały model wszechrzeczy, plac przy którym stoją trzy teatry i restauracja, jest parking, i plac budowy, jest brud, i jest piękno.

Chcesz, żeby wyglądało zwyczajnie? Proszę:

DSCN4895

Ma być fantastycznie?

DSCN4744

Ma być proza życia?

DSCN4757

Ma być poezja?

DSCN4896

Taka poezja nie bawi? Inna forma sztuki?

DSCN4752

To nie jest sztuka?

DSCN4852

Nie obraz? Ruch? Teatr? Ale jaki? Maria Vitoria? ABC? Variedades? Variedades to rozmaitości. Tak więc proszę, wybierać z rozmaitych:

DSCN4708

DSCN4715

DSCN4720

DSCN4863

Nie sztuka a natura?

DSCN4742

Cegły nie ładne? Tutaj czyste piękno:

DSCN4843

Natura, ale z cywilizacją?

DSCN4749

Cywilizacja, ale bez natury?

DSCN4746

Za nudne?

DSCN4835

Zbyt niepokojące?

DSCN4854

Za mało ludzką rękę widać?

DSCN4857

Samochody psują widok?

DSCN4882

A teraz natura ze sztuką?

DSCN4735

A teraz sztuka z miastem?

DSCN4725

A teraz trochę absurdu?

DSCN4732

No dobrze, ale gdzie tam jest jakieś życie?

DSCN4772

Zbyt zwierzęce?

DSCN4782

Nie pies? Kot ma być?

DSCN4873

A może pantera i dżungla?

DSCN4874

Nie dżungla? Cywilizacji trochę?

DSCN4807

Trochę nauk ścisłych?

DSCN4774

Zbyt ścisłe? Ma czymś zaskoczyć? Ma być dziwne?

DSCN4817

Ma wyrażać nieskończoność?

DSCN4820

O co jeszcze można prosić?

Chcę raju na ziemi!

Pff!

Tak roszczeniowe podejście nikogo nigdy daleko nie zaprowadziło. To już chyba trochę przesada z tym rajem.

Czy nie?

DSCN4758

Pchły

Malutki pies moich współlokatorów złapał pchły.

Kiedy poszłyśmy po lekarstwo, przyjęła nas bardzo ładna weterynarka. Soczystozielony uniform podkreślał kolor jej oczu. Niestety nie od razu mogła nam pomóc, ponieważ musiała zająć się najpierw żółtą papużką przyniesioną przez parę staruszków w plastikowym pojemniku po ciasteczkach.

Kiedy wracałyśmy do domu, niebo było niebieskie.

Kiedy wychodziłam z domu chwilę później, wszystkie ubrania i pościel szły właśnie do prania, a podłogi były gorączkowo odkurzane i  szorowane, w procesie zmywania z siebie obsesyjnej myśli o obecności robactwa.

Kiedy weszłam do kawiarni, dziewczyny już tam były. Złożenie zamówienia zajęło nam prawie godzinę. Carioca de limão to skórka cytryny zalana wrzątkiem. Zawsze obiecuję sobie, że od dzisiaj będzie to moja alternatywa dla herbaty.

Kiedy wszystkie musiały już iść, postanowiłam przejść się jeszcze raz ulicą, którą, mimo że jest w centrum miasta, ostatni raz szłam pięć miesięcy temu. Ostatnio wszyscy mówią o jednym miejscu, którego ja jeszcze nie zdążyłam zobaczyć. Czas zacząć widzieć więcej.

Kiedy wracałam już do domu, zobaczyłam kobietę, której bezdenny smutek kazał mi się zatrzymać. Jej rozpacz składała się z białej i czarnej farby, a wiersz nad nią wprowadzał również trochę zieleni. Był po polsku.

„Dotarcie do celu

to dotknięcie horyzontu zdarzeń

całkowity bezruch

ostateczna cisza”

Kiedy byłam już prawie na mojej ulicy, starszej pani zdejmującej pranie ze sznurka spadła na chodnik przed sklepem Pakistańczyków serwetka z kogutem, nieomal symbolem Portugalii wciskanym turystom w każdej postaci.

– Senhorita, może ją panienka podnieść i wsadzić do skrzynki na listy?

Kiedy wtłoczyłam już szmatkę w wąski otwór w drzwiach wejściowych dystyngowana staruszka ciepłym głosem wygłosiła ciąg podziękowań.

– Obrigada! Obrigada! Obrigadinha.

Kiedy wróciłam do domu, dostałam maila od właścicielki mieszkania.

„Tak, możesz zostać tak długo, jak zechcesz.”

Długo zechcę.

DSCN4698

Socjalistyczne pieśni, goździki i samba

Portugalia należy do krajów, które najgorzej radzą sobie z kryzysem, a narodowi nie podoba się sposób, w jaki rządzący usiłują oszczędzać, ponieważ ich decyzje często najbardziej odbijają się na najbiedniejszych. Mimo że podatek od chleba nadal wynosi 6%, w tym roku podatek od wielu produktów spożywczych został podniesiony na przykład z 13 do 23%, znacząco dając się we znaki Portugalczykom. Obecnie około 830 tysięcy osób (ponad 15% społeczeństwa, najwięcej odkąd zaczęto prowadzić statystyki 35 lat temu) jest tu bezrobotnych, a ponad połowa z nich nie ma dziś prawa do zasiłku. Podobnie jak w Hiszpanii, w najgorszej sytuacji na rynku pracy są młodzi ludzie, którzy nie mogą się samodzielnie utrzymać pomimo skończonych studiów. Codziennie średnio 10 rodzin zostaje bez źródła utrzymania, bo nikt z małżonków nie pracuje. Jak donoszą media, portugalska Caritas odnotowała w tym roku około 30% wzrost próśb o wsparcie, głównie o żywność.

Problem bezrobocia był głównym motywem sobotniej (29.09) demonstracji. W obronie prawa do pracy ulicami Lizbony przeszły tysiące Portugalczyków. Były rodziny z małymi dziećmi, była młodzież, byli staruszkowie, niewidomi, niepełnosprawni. Były lesbijki i geje, zwolennicy metalu i hip hopu, byli panowie robotnicy w koszulach w kratę i ich rówieśnicy w eleganckich czarnych marynarkach. Byli oczywiście elektrycy, piekarze, nauczyciele, górnicy, wszyscy.

Manifestacja została zogranizowana przez związki zawodowe i reprezentacje wszystkich lokalnych stowarzyszeń (typu „elektrycy z Koziej Wólki”) przez ponad godzinę maszerowały przez centrum miasta na największy centralny plac Lizbony. Tam po krótkim przemówieniu został odczytany manifest, a następnie, wtórując stareńkim nagraniom, odśpiewano parę socjalistycznych pieśni, do rytmu których tradycyjnie demonstrowano wzniesione w górę zaciśnięte pięści (robili to tak panowie w koszulach w kratę jak i malutkie kobietki w obcisłych sweterkach). Wielokrotnie powoływano się na dziedzictwo bezkrwawej rewolucji goździków z 25 kwietnia 1974 (ludzie wkładali goździki w lufy karabinów żołnierzy), kiedy to została obalona dyktatura następcy António Salazara. Jeden starszy pan w kaszkiecie prezentował nawet z tej okazji wysoko podniesionego plastikowego goździka. Po wspólnym śpiewie przyszła kolej na barda z gitarą i w czarnej chuście zawiązanej na głowie, który recytował pieśni bratnich narodów (brazylijskiego, hiszpańskiego etc). Podróż w czasie.

Wychodząc z placu z jednej strony minęłam małe dziecko (które uderzając w plastikowy bębenek wtórowało hasłom dorosłych), a z drugiej studentów (którzy na własnych plecach przynieśli na plac całe stosy butelek wody, do dobroczynnej sprzedaży po cenach niższych niż w sklepach), i ostatecznie trafiłam na koncert samby. Na środku ulicy zgromadziło się podemonstracyjne „afterparty”. Tłum podziwiał grupę muzyków i tancerzy ubiorem przypominających „Hair”, a rytmami karnawał w Rio, i wraz z nimi skandował hasła piętnujące działania Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Podczas gdy w Portugalii społeczeństwo, zamiast skakać sobie nawzajm do oczu, zjednoczyło się, żeby walczyć o wspólny cel, w Polsce pewien upierdliwy staruszek z faszyzującym okrzykiem na ustach wyprowadził na ulice kohorty kipiących nienawiścią obłąkanych rycerzy w proteście przeciwko czemuś, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Banki jako Bin Laden

Banki jako Bin Laden

"Mam trzy lata i już mam hipotekę"

„Mam trzy lata i już mam hipotekę”

"Passos, kochanie, mam już dosyć bycia ruchanym"

„Passos, kochanie, mam już dosyć bycia ruchanym”

Rhythms of Resistence (samba polityczna)

Rhythms of Resistance (samba polityczna)

Kurdwanów. Imperium zła.

Do domu odprowadzają mnie lisy, po drodze płoszę sarenki, za oknem drepczą bażanty, a moje koty straszą wiewiórki. Mieszkam w imperium zła.
Przechodzi tędy droga świętego Jakuba, prosto do Santiago de Compostela w Hiszpanii, ale nie wiem, czy ktoś tu kiedyś widział pielgrzyma. Ludzie budują domy, hodują kury, wyrzucają śmieci do lasu, normalne życie. Poszłam wczoraj pobiegać sobie po mojej wsi Kurdwanów Stary, z której świetnie widać Manhattan Kurdwanowa Nowego. Mogłam wdychać jednocześnie spaliny samochodów i zapach świeżo skoszonej trawy, a także rozkładających się papierówek i śliwek, których nikt nie zbiera.

w tle bloki Kurdwanowa

w tle bloki Kurdwanowa

znak Drogi św. Jakuba

znak Drogi św. Jakuba

Aż dotarłam do fortu.
Fort artyleryjski 51 „Rajsko” VII obszaru warownego Twierdzy Kraków to główny, jednowałowy fort artyleryjski, który powstał w latach 1874-84.
Ważne położenie, duże rozmiary i znaczne oddalenie od sąsiednich fortów spowodowały, że fort „Rajsko” dysponował znacznie większą siłą ognia niż podobne do niego umocnienia.
Tak mówi tabliczka ufundowana przez Małopolskę. Reszta fortu mówi sama za siebie. Cracovia. Śmierć Wiśle. Nigdy nie zejdziemy na psy. Mamy ambicje jebać policje. CHWDP. Jebać psy. KSC. Jude gang. Cracovia hooligans.


Wczoraj widziałam tam coś, co wyglądało jak zmumifikowany kot. Albo zmumifikowany nietoperz. Leżało na oknie tuż obok napisu „Imperium zła Q”. Nie powiem, że widziałam zmumifikowanego kota, który leżał na oknie, nie zwariowałam. Ja tylko widziałam coś, co do złudzenia przypominało zmumifikowanego kota. Ot, tyle. Dzisiaj truchła nie było, był za to żywy kot, który uciekał kawałek dalej przy każdym moim ruchu. Dzisiaj mumii nie było, nie udało się jej sfotografować, nie ma dowodów i możecie mnie wziąć za wariatkę. Sama siebie wzięłabym za wariatkę, gdyby nie słowa pana, na którego natknęłam się w forcie. Zbierał owoce, ze stoickim spokojem mieszkańca wsi brodząc w rozbitych butelkach po wódce.
– Pani chce zwiedzać fort? To od góry trzeba pójść. Ale samej to nie radzę…
Chciałabym wiedzieć co to było. Kiedy będę już stara i będę siedzieć w moim fotelu na biegunach z fajką w łapce, wtedy przyjdzie do mnie Zdzichu dres i powie:
– Proszę pani, kazano mi tu przyjść z objawieniem. Mumia znaczy „dzisiaj sprzedajemy”, a brak mumii „dzisiaj nie sprzedajemy”.
Coś przecież musi w tym być. Mumia kota, króla imperium zła, musi mieć sens.
Albo może nie musi.

Blok

Moje życie na blokowisku rozpoczęło się dwa miesiące temu. Szczęśliwa, że wreszcie będę miała bliżej do pracy, wprowadziłam się do ¨lepszego¨ bloku w strefie o dumnej nazwie Sektor Trójkąt. Teren jest ogrodzony, ma nocnego stróża w budce, miejsca parkingowe są ponumerowane, a w lecie jeżeli w porę zapisze się na listę, można siedzieć nad basenem w tłumie sąsiadów i ich biegających i krzyczących dzieci.

Powolną windą o srebrnych drzwiach wjeżdżam codziennie na dziesiąte piętro, z którego przez okno w moim pokoju widzę po prawej sąsiedzki blok, po lewej obwodnicę, a za nią pola aż po horyzont, na którym widać trzy samotne drzewa, kotrastujące z błękitem nieba i żółcią pól. Zazwyczaj są one idelanie puste, czasem jednak pasą się tam owce, albo pan w słomkowym kapeluszu, z torbą na ramieniu i czarnym pieskiem wypasa tam ogromne stado krów. Z okna w kuchni w dzień widać domki jednorodzinne starannie poukładane po drugiej stronie szosy, a nocą, kiedy mrok rozswietlają setki odległych światełek, mam wrażenie, że pilot zaraz powie, że za chwilę będziemy lądować.

Moje nowe mieszkanie jest międzynarodowe, w osiemdziesięciu procentach zamieszkane przez imigrantów. Oprócz jednej Hiszpanki mieszkają tu dwie Kolumbijki, Peruwianka i oczywiście Polka. Z racji błogosławionej przewagi Latynosek, mam wrażenie, że zamieszkałam w jednym z najbardziej przyjaznych miejsc na ziemi. Na przykład drobna Kolumbijka Sandra, wiecznie uśmiechnięta i wiecznie coś mówiąca, nawet moje chau, które rzucam w biegu, wychodząc z domu, rozbudowuje do ¨Do zobaczenia! Niech ci wszystko pójdzie dobrze!¨ Jeżeli zostawię naczynia w zlewie, ktoś je za mnie pozmywa, jeżeli zostawię pranie na deszczu, ktoś je zbierze, jeżeli zostawię lody w zamrażarce, ktoś je zje.

Którakolwiek cokolwiek ugotuje, zaprasza wszystkie, które miały szczęście znaleźć się akurat w kuchni, na obiad. Przy stole zazwyczaj wypływa temat tego, co i jak się je w Kolumbii, co w Polsce, a co w Peru, jak to się ma do hiszpańskiego jedzenia, i gdzie są najlepsi chłopcy, i najładniejsze dziewczyny. Zdziwienie Latynosek tym, że zazwyczaj jem kanapki na śniadanie i kolację (kto się tym naje?), zrozumiałam następnego dnia o ósmej rano, widząc smażące się na patelni siedem parówek, do których szybko dołączyły jajka. Kiedy nie mają czasu, potrafią zadowolić się zimnym ryżem z tuńczykiem z puszki, ale kiedy zabierają się za gotowanie, powstają nieziemskie dania, takie jak nadziewane tortillą ziemniaczaną zielone papryki, placki z zielonych bananów macho posypane smażoną cebulą, papryką i boczkiem, kremowe zupy jarzynowe, pikantne udka z kurczaka… Dobrze mi się mieszka, mając pod spodem dziewięć pięter bloku, nawet, jeśli czasem muszę po tym wszystkim pozmywać.

Kiedy nad sewilskie niebo po raz pierwszy od miesięcy nadciagnęły deszczowe chmury, do sklepu, w którym pracuję (to znaczy siedzę i czytam ksiażkę dopóki ktoś nie przyjdzie po tusz do drukarki i nie pozwoli mi wcielić się w królową tonerów), przyszedł pan z małym synkiem. Kiedy dyktowałam mu ceny cartridge’ów, powiedział, że widział mnie ostatnio, jak czekałam na windę w bloku numer siedem; on mieszka tam na parterze.

No tak. Dzień wcześniej przede mną w kolejce do windy stała pani z wyładowanym po brzegi wózkiem z pobliskiego supermarketu, pan z teczką i zamyślonym obliczem drobnego przedsiębiorcy, oraz pani po pięćdziesiątce, i trójka dzieci. Obie windy musiały chyba pojechać na dzisiąte piętro, bo oczekiwanie trwało nieznośnie długo. Kiedy już jedna nadeszła, pani z wózkiem z supermarketu odkryła, że nie zmieści się on do kabiny, zaczęła więc siatka po siatce przekładać zakupy. Drzwi windy co chwila jej się zamykały, dopóki nie zaczęła jej pomagać pani po pięćdziesiątce, obserwowana z kamuflowaną wrogością przez pozostałych ludzi z kolejki. Ich czas padł ofiarą kobiety z zakupami i nie zamierzali jej pomagać, nawet jeżeli miałoby to przyspieszyć sprawy. Ostatecznie do środka, otoczony ze wszystkich stron siatkami, zmieścił się również pan przedsiębiorca. Wreszcie drzwi się za nimi zamknęły i mogliśmy wezwać drugą windę. Kiedy już dotarła na parter, upchnęłam się w niej razem z panią sąsiadką i trójką dzieci, którzy również jechali na dziesiąte, zostawiając za sobą długą kolejkę sąsiadów, którzy nadeszli w międzyczasie. Myślę, że tego dnia spokojnie mogło mnie widzieć pół bloku.

Porozmawialiśmy więc chwilę z panem sąsiadem o naszej dzielnicy, a kiedy już wychodził trzymając za jedną rękę chłopca, a w drugiej dzierżąc tusz do drukarki, rzucił od drzwi, że jakbym czegoś kiedyś potrzebowała, to on mieszka na parterze.

Po południu przed sklep przydreptało stado dresów (tutejsza odmiana nosi różowe podkoszulki i depiluje nogi), którzy zaczęli się na mnie gapić przez szybę wystawową, gadać i pokazywać mnie sobie palcami, a po pewnym czasie, znudzeni brakiem mojej reakcji, zaczęli rzucać w drzwi pestkami słonecznika. Uciekli w momencie, kiedy wstałam z krzesła. Zostały po nich tylko pestki na chodniku.

Dlatego właśnie kocham moje blokowisko. Życie tutaj jest męciutkie jak obłoczek.

Autobus

Zatrzymuje się na przystanku i nigdy nie wiesz, czy tym razem to trzyminutowy postój, czy czekać trzeba będzie jeszcze dłużej. Korpulentna pani kierowca o blond-rudych włosach wychodzi zostawiając nas wszystkich w środku (wygdląda na to, że w porównaniu do Krakowa, Cyganie nie kradną tu autobusów), ale już po chwili wraca z dwulitrową butelką wody mineralnej w triumfalnie wyciagnietej ręce.

  • Ktoś chce? – pyta.

Autobus milczy, w głębi duszy zapewne marząc o łyku płynu prosto z lodówki. Ja ściskam z uczuciem własną butelkę wody mineralnej, z którą nie rozstaję się nawet na chwilę.

  • Ludzie – mówi pani kierowca – miłości wam nie mogę dać, ale trochę wody bez problemu.

Autobus wybucha śmiechem, a nasza pani opiekunka wraca za kierownicę. Jednak nie rusza. Najwidoczniej dotknął nas postój z gatunku długotrwałych. Wtedy po lewej mija nas drugi autobus z tym samym numerem i zatrzymuje się przed nami. Pani kierowca odwraca się do nas i zachęca do ucieczki:

  • Ja tu jeszcze chwilę postoję, więc jak chcecie to się przesiądźcie, on pojedzie szybciej i ma lepszą klimę.

Lepsza klima – dwa razy powtarzać nie trzeba.

Po poł roku jeżdżenia bezpłciowym sewilskim metrem zmiana miejsca pracy tchnęła trochę życia w moje podróżowanie. Z ulgą powitałam powolne autobusy, wsiadanie przednimi drzwiami, witanie się z kierowcą, pikanie karty miejskiej, drukowanie biletu, przystanki na żądanie. Żółte pola porośnięte wiecznie wyschłą trawą, białe domy przedmieść i drzewka oliwne przy drodze. Farbowane blondyny po pięćdziesiątce, panów Murzynów jadących na uniwersytet albo sprzedawać chusteczki higieniczne przy autostradzie (ci czasem wyprowadzają kierowców z równowagi płacąc za bilet jednocentówkami), Chinki, całe kolumbijskie rodziny, dresiary z niemowlętami na ręku, staruszków z farbowanymi na czarno resztkami włosów zaczesanymi na łysinę, słowiańskich imigrantów, rude Filifionki wymyślające na czym świat stoi i cani, czyli miescową odmianę naszych dresiarzy, o opalonych twarzyczkach, z głowami wygolonymi po bokach i grzywą na czubku, w różowych podkoszulkach, z kolczykami i w klapkach.

Znam już twarze wszystkich kierowców, niektórych (tych przystojnych) nawet pamiętam sprzed dwóch lat, kiedy jeździłam do centrum tą samą linią. Po szarości metra z radością przyjmuję nawet fakt, że autobus zatrzymuje się na przystanku w szczerym polu i czekamy aż pani blodynka z trwałą dokończy opowiadać pani kierowcy plotki, wycałuje ją we wszystkie policzki i ostatecznie wysiądzie machając ręką na pożegnanie. I że pan kierowca po tym, jak już pikniesz bilet żartuje, że nie trzeba było, bo tego dnia kobiety jeżdżą za darmo. Trochę gorzej znoszę natomiast, kiedy przy 45 stopniach psuje się klimatyzacja. Wtedy to mobilna nagrzana puszka, w której nie da się przeżyć nawet tych 15 minut bez wody i wachlarza nie ryzykując utraty przytomności.

Wcześnie rano i późnym wieczorem mogę też wsiąść na rower (jeżdżenie w upale zagraża życiu i zdrowiu). Jadę sobie wtedy pośród drzew, ptaszki śpiewają, mijam jakieś dziwne, pseudozabytkowe ruiny, kwitną krzewy, mijam rzekę, spotykam żółwia na środku ścieżki rowerowej, wdycham prawie świeży kwiatowy powiew od wody, spotykam zwierzątko futerkowe na środku ścieżki rowerowej, coś jakby… hm… szczura.

Tak, wszystkie środki transportu mają swoje wady (do samochodu po całym dniu na słońcu po prostu nie da się wsiąść, klamka parzy, siedzenie parzy, powietrze parzy, nie da się oddychać), ale jedno jest pewne; najgorzej iść na piechotę. Słońce pali w kark, promienie odbijają się od chodnika i rykoszetem atakują łydki, zawsze warto nadłożyć drogi, byle tylko pójść kawałek cieniem i przede wszystkim nie wolno wychodzić na ulicę bez buteli wody. Słowo dom brzmiałoby jak wybawienie, gdyby nie to, że słońce bezusterkowo wpada przez okno, a chińskie wiatraki po miesiącu wypluwają śrubki i odmawiają posłuszeństwa.

Rower

Sewilla jest piękna. Zwłaszcza kiedy jedzie się ścieżką nad rzeką. Białe i niebieskie domy, z żóltymi framugami okien, zielone liście drzew, palmy, woda… I słońce. Prawie zawsze mam ochotę zatrzymać się na piknik, pójść na lody, robić zdjęcia. Sewilla to dobre miejsce na wakacje, jej południowy urok i historyczna zabudowa w ogóle nie idą w parze z miejskością. Nie ma zgiełku tramwajów, graffiti, przekupek z kwiatami. Są za to ścieżki rowerowe.

Taką oto trasą przez centrum miasta usiłowałam dziś jechać. Ludzie byli wszędzie, głównie na ścieżce rowerowej. Takie życie. Problem w tym, że w tym ludzkim labiryncie wymijając kolejną staruszkę, nie udało mi się wyminąć kolejnej rowerzystki. Zahaczyłyśmy o siebie końcami kierownic. Od upadków jestem prawie ekspertem, dlatego stłukłam tylko biodro, chociaż ostatecznie poszurałam policzkiem po ziemii. Pozbierałam się jakoś, otrzepałam, obejrzałam otarcia. Na szczęście drugiej rowerzystce stało się jeszcze mniej, to znaczy, tak na oko, to wybrudziła sobie rękę. Ja miałam w kurzu cały biały podkoszulek, więc heroicznie przy trzydziestu pięciu stopniach włożyłam na siebie sweterek i pojechałam dalej. Tak sobie jechałam, dalej wymijając ludzi, do momentu, kiedy starsza kobieta, idąca samym środkiem ścieżki rowerowej, przystająca w dodatku i podziwiająca roboty drogowe, po czym znów nagle ruszająca i zachodząca mi drogę, nie krzyknęła za mną:

  • Uważaj jak jedździsz, mogłaś mnie potrącić, dziewczyno!Musiałam się więc zatrzymać.
  • Przepraszam, ale to pani idzie środkiem ścieżki rowerowej. Przez ludzi takich jak pani, miałam już dzisiaj wypadek.
  • Idę ścieżką rowerową, bo mam ochotę! O!Przy tej wypowiedzi zaczęłam tracić cierpliwość. Wtedy odezwał się mąż kobiety:
  • Wracaj do swojego kraju, ty…!
  • Jesteśmy w Unii Europejskiej, nie ma granic.
  • Ja nie jestem z żadnej unii, ja jestem stąd, z Sewilli.

Do domu zostało mi już niewiele, ale jako, że nerwy mam kiepskie, a serce słabe, z całej tej bezsilności musiałam się rozryczeć. Taka zapłakana, poobijana i brudna dojechałam pod blok. Wyciągnęłam chusteczki, żeby wytrzeć łzy i wysmarkać nos. Wszystko to obserwował wychylony z okna sąsiad. Kiedy wytaszczyłam już mój rower na pierwsze piętro, na którym mieszkam, czekał na mnie na klatce. Widząc mój opłakany stan, łzy ściekające mi po policzkach i słysząc pociąganie nocem, powiedział:

  • Widzisz te smugi tutaj?
  • Mi to obojetne, możesz tu sobie wnosić ten rower, ile razy chcesz, ale musisz bardziej uważać. Wczoraj też były smugi, musiałem wytrzeć.
  • Uważam, naprawdę uważam…Prosto z kuchni przyszła żona.
  • Tak, te smugi to od roweru, a myśmy tu już dwa razy malowali.
  • Musisz bardziej uważać.
  • Tak, będę jeszcze bardziej uważać.

Kiedy ostatecznie zostawiłam rower na tarasie i mogłam wreszcie usiąść, dotarło do mnie, że nie mam wody utlenionej, ani nawet alkoholu, żeby przemyć rozbite kolano, a aptekę pod blokiem, jak wszystkie sklepy, zamyka się na czas obiadu i siesty. Nie pozostało mi nic innego, jak wyjść na klatkę i zadzwonić do drzwi na lewo od sąsiada stróża. Zaobserwowałam przy okazji, że ściana znów lśni czystością. Otworzyła mi starsza pani, sąsiadka, z którą czasem rozmawiam przez balkon, kiedy ona podlewa kwiatki, a ja wieszam pranie. Słysząc moje pytanie o najbliższą otwartą aptekę, zapytała po prostu czego mi potrzeba. Zaprosiła mnie do mieszkania i zaczęła przeszukiwać pudełka. Opowiadała mi o swojej wnuczce i o tym, że malarz z bloku wyjechał do pracy do Niemiec. W końcu zapytała skąd jestem.

  • Aha, no po akcencie, to poznałam, że nie z Sewilli. Ale Polska, to daleko…

Po chwili opuszczałam jej mieszkanie z ogromną paczką gazy i chyba półlitrową buteklą wody utlenionej.

Previous Older Entries