Małe i jedno

Bairro de Santa Filomena to miejsce w Amadorze pod Lizboną, gdzie około 40 lat temu migrujący do miasta pracownicy zaczęli własnymi rękami budować sobie domy, bez żadnych zezwoleń. Dzisiaj w tym miejscu mieszkają głównie imigranci, z których wielu z powodu nasilającego się kryzysu jest bezrobotnych. Nawet ci, którzy mają pracę, zarabiają bardzo mało i rzadko więcej niż jedna osoba w rodzinie jest gdziekolwiek zatrudniona. W przeżyciu często pomagają sąsiedzi oraz przydomowe ogródki.

Miasto chce wyburzyć domy i odzyskać ziemię, o którą do tej pory nikt się nie upominał. Jednak podczas procesu wyburzania regularnie łamane są prawa człowieka i prawa gwarantowane przez portugalską konstytucję, na czele z prawem do godnego mieszkania za cenę proporcjonalną do przychodów.  Wszystkim osobom, których domy mają zostać wyburzone, powinno zostać zaoferowane mieszkanie komunalne z czynszem, który byłyby one w stanie zapłacić. Jednak w Amadorze nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Na bruk wyrzuca się rodziny z małymi dziećmi, osoby starsze i przewlekle chore, i nie oferuje im się ani pracy ani innego mieszkania.

Na wczoraj również zaplanowane były wyburzenia, ale dzięki walce mieszkańców, pomocy prawników i obecności mediów, maszyny, które zdążyły już przyjechać na miejsce, odjechały nie niszcząc żądnego budynku.  Grupa mieszkańców, w tym rodziny z małymi dziećmi, oraz wspierający ich aktywiści, przeszła do urzędu miasta, aby prosić o spotkanie z prezydentem i wymóc na nim wstrzymanie niezgodnych z prawem działań. Na miejscu czekała już policja, która nie pozwoliła wejść do budynku części osób, a pozostałe na różne sposoby próbowała przekonać do jego opuszczenia. Ostatecznie przez główne drzwi wszedł sam prezydent miasta, który nie raczył obdarzyć nawet spojrzeniem zgromadzonych w urzędzie ludzi.

Jednak coś udało nam się osiągnąć: domy stoją nadal tam gdzie stały wczoraj, a jedna z rodzin (jedna!) została zaproszona przez urząd miasta na rozmowę w poniedziałek. Jedno małe zwycięstwo demokracji oraz praw człowieka nad samowolą urzędników. Będziemy potrzebowali jeszcze milionów takich małych zwycięstw…

DSCN4317

DSCN4320

DSCN4322

DSCN4327

Reklamy

Santa Filomena

Dom, którego już nie ma

Następnego dnia ludzie jeszcze wygrzebywali z gruzów swoje rzeczy

Złota polska jesień

W drodze do łazienki, jak co dzień, dbając by moje stopy pozostały w mieszkaniu, wychyliłam resztę siebie za drzwi podwórkowo-balkonowe, żeby wykręcając głowę do góry czegokolwiek się dowiedzieć. Z powodu braku okien w mieszkaniu, jest to jedyny sposób, żeby zobaczyć jaki kolor ma niebo, objawiające się w postaci niewielkiego kwadratu gdzieś w górze. Było błękitne z puszystymi chmurkami. Myjąc zęby mogłam już planować piknik.
Chwilę później płynęłam ulicą w pełnym słońcu i machałam siatką pełną owoców przeznaczonych do zagryzania ciasteczkami podczas siedzenia na trawie. Idealny dzień na piknik, idealna noc na chodzenie po rozświetlonym płomykami świec najpiękniejszym cmentarzu Lizbony, Prazeres. Żeby do niego dojechać wystarczy wsiąść do zabytkowego żółtego tramwaju numer 28, który przejeżdża moją ulicą i wysiąść na pętli.
Chociaż nie. Moja ulicą nic nie przejeżdża, albowiem mieszkam przy „przecznicy”, a nie prawdziwej ulicy. Nie jeżdżą tędy samochody ani tramwaje, jedynie śmieciarka lekko zahacza codziennie koło drugiej w nocy. Za dnia dzieciaki z naprzeciwka grają tu w piłkę, która czasami wpada na nasz dach i muszą nas prosić o jej zdjęcie, dorośli robią grilla, którego swąd dochodzi jakimś cudem aż do mojego pokoju bez okien, suszy się pranie, gromadzą się worki ze śmieciami, które czekają na nocną ciężarówkę, starsi panowie wychodzą z gazetą pobyć na powietrzu.


Tak więc wystarczy wsiąść do tramwaju, który przejeżdża ulicą, od której odchodzi moja przecznica, i jadąc cały czas pod górkę wylądować prosto na cmentarzu. Ale to dopiero po pikniku.
Zgodnie z planem wróciłam do domu, zebrałam szybko wszystkie potrzebne rzeczy i kiedy po 10 minutach już zatrzaskiwałam za sobą drzwi, odkryłam, że niebo jest szare i pada. Zrezygnowana, dołączyłam do brodatego pana czekającego na tramwaj. Wyjęłam z torebki ulotki, które wręczono mi podczas manifestacji dzień wcześniej. Uchwalano budżet na przyszły rok i pod parlamentem zebrały się tłumy protestujących przeciwko cięciom wymaganym przez trojkę, czyli Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Przeczytałam list otwarty do Angeli Merkel i wezwanie do strajku generalnego 14 listopada (wtedy zastrajkuje również Hiszpania). Ostatnia kartka wyglądała jak reklamówka supermarketu i jak się okazało promowała nową partię lewicową. W końcu drynkanie prehistorycznego dzwonka oznajmiło koniec czekania.
Tramwaj wyjechał pod górę prosto na imponujące wrota cmentarza. Jego pętla to trawiaste rondo dokładnie naprzeciwko wejścia. Było pustawo. Stały dwa stoiska z kwiatami i pięć starszych pań. Nigdzie nie sprzedawali zniczy, jednak zapobiegawczo przyniosłam ze sobą własne światełko. Przed bramą nie było nikogo oprócz rozdających ulotki nastolatków. Obok bramy sterczała tabliczka mówiąca, że po 16.30 już wejść nie można, więc jednak oglądanie światełek po zmroku nie mogłoby dojść do skutku. Za bramą czekała piękna szeroka aleja i kościół, do którego wejście zastawiono ławką.


Cmentarz Prazeres został wybudowany po epidemii cholery w 1833 roku, obecnie to największy cmentarz Lizbony. Po obu stronach alei stoją przetykane cyprysami wspaniałe grobowce. Ogromne, zdobione na romantyczną modłę, gotycko strzeliste. Po niektórych stąpają anioły, na innych siedzą kamienne sówki.


Znowu wyszło słońce. Było pięknie. I pusto. Minęłam jedną starszą panią z kwiatkiem i parę Hiszpańskich turystów. Groby były puste, nagie. Na co dziesiątym widać było strzępki jakiejś prawdziwej lub plastikowej rośliny. Zero zniczy. A ja nie wzięłam zapałek. Nagle zwyczaj zwiedzania cmentarzy przestał mi się wydawać taki chory. Uznałam go za bardzo przydatny i podbiegam prosić o ogień Hiszpanów przechodzących równoległą alejką. Niestety po pięciu krokach mój płomyk zgasł, a duma nie pozwoliła mi się wrócić. Zauważyłam jednak trójkę staruszków układającą kwiaty na jednym z grobów sto metrów dalej. Niestety nie mieli ognia. Kolejny spotkany staruszek powiedział, że nie pali. Nie palili również turyści z Belgii. Zagadywanie zakonnicy nie bardzo pomogło. A nikogo więcej na cmentarzu po prostu nie było.
Niespodziewanie dostrzegłam jednak czerwony znicz u stóp jednego z grobowców. A więc one mimo wszystko istnieją, docierają na cmentarz kupione w jednym z chińskich sklepów. Z nadzieją podniosłam wieczko, starając się, by wiatr nie zdmuchnął płomyka. Napotkałam jednak na kolejną przeszkodę: drugą nasadkę, której zdjąć się nie dało i przez którą nie miałam jak przełożyć świeczki.
Z pomocą przyszła mi nowa lewica. Zwiniętej w rulon reklamówce udało się dotrzeć do płomyka i zapalić drugie światełko.
Stałam jeszcze przy grobowcu, kiedy do sąsiedniego podeszła starsza pani, wetknęła za kraty żółtego kwiatka, postała dziesięć sekund i uciekła, bo czekał na nią mąż i czekały pozostałe groby.


Tak więc byłam świadkiem, na jednym grobowcu zostawiono roślinkę. Reszta jednak była tak szara, jak tylko cmentarz może być szary. Nocne oglądanie ogników po prostu nie byłoby możliwe. Niektóre groby mają tabliczki „opuszczony”, niektóre grobowce stoją nawet otwarte i z daleka widać puste półki po trumnach.
Przeszłam przez bramę i znowu byłam w świecie zewnętrznym. Minęłam rondo tramwajowe i poszłam drogą prosto w dół, w stronę domu. Słońce świeciło mi w plecy a pod nogami leżały żółte liście, których nie sposób zobaczyć w innych częściach miasta. Pachniało złotą jesienią.
Kiedy przechodziłam koło parlamentu, policjanci spisywali właśnie łobuza, którego odkleili od drzwiczek tramwaju. Lizbona pełna jest tych warszawskich wisusów, podróżujących na gapę na zewnętrznych schodkach żółtych pojazdów. Chłopak usiłował się tłumaczyć, a ja przypomniałam sobie manifestację i tych policjantów, jak dzień wcześniej stali w odblaskowych kamizelkach na szerokich schodach parlamentu i bronili barierek oddzielających parlamentarzystów od woli ludu. Przypomniałam sobie grubą panią w berecie z daszkiem, która dała mi koszmarną kolorową ulotkę nowej lewicy, która zapłonęła tego dnia tak jasno i użytecznie. Pomyślałam, że warto protestować, bo czasem faktycznie widać efekty.

Szczęście, brak okien i nadmiar chujów

To uczucie prześladowało mnie przez cały dzień. Kiedy tylko uświadomiłam sobie, co się dzieje, zaczęłam obsesyjnie pragnąć powrotu do domu, żebym mogła wszystko naprawić. Przedłużające się zebranie w pracy coraz bardziej mnie irytowało, a ogrom rzeczy, które musiałam jeszcze zobić zanim dotrę do mieszkania, przerażał. Moje menelskie włosy nie dawały mi spokoju.

Podejrzewałam coś już od jakiegoś czasu, ale dopiero dziś uderzyło mnie to z całym impetem od dawna kumulowanej i nagle uwolnionej siły: szampon się tu nie pieni. Do wody dodają tyle chloru i innego obrzydliwstwa, że traci ona wszystkie swoje właściwości oprócz stanu ciekłego. Tak więc moje włosy przed i po prysznicu wyglądają dokładnie tak samo. Przytaszczyłam do łazienki butlę wody mineralnej i teraz ze spokojem patrzę w przyszłość.

Już czwarty tydzień mieszkam w Lizbonie. Przyjechałam tu w ramach programu Unii Europejskiej Młodzież w Działaniu, na tak zwany Wolontariat Europejski. Dzięki temu mogłam tutaj przylecieć, mam gdzie mieszkać i dostaję pieniądze na jedzenie oraz drobne kieszonkowe, moim obowiązkiem natomiast jest całkowicie poświęcić się pracy wolontariusza. (Tak na marginesie wspomnę tylko, że w kraju ludzi bez pracy moja nienajlepsza sytuacja finansowa dla wielu nadal jest godna pozazdroszczenia.)

Lizbona przywitała mnie swoim ciepłym nocnym światłem i tłumem ludzi celebrujących piątek na ulicach nieustająco biegnących w górę, w dół i znów w górę. Wąskie uliczki i suszące się pod oknami pranie przypominają klimat małych wiosek w zapomnianym już dawno dwudziestym wieku (a mieszkam w stolicy). Słońce grzeje tu codziennie, wino jest tanie i dobre, a budyniowe ciasteczka z cynamonem boskie. Poziom radości w Lizbonie podnosi również ogrom bezpłatnych imprez kulturalnych takich jak na przykład dzień mody, dzień sztuki, tydzień kina tureckiego, rok brazylijski oraz ogrom darmowych koncertów z okazji piątku czy soboty.

Miasto jest i słodkie i brudne, trochę lepkie i trochę śmierdzi. Widoki zapierają dech w piersiach, ale mój pokój nie ma okna. W zasadzie jedyne okno, które widuję w całym mieszkniu, to dość małe okno w kuchni, które wychodzi na przestrzeń będącą skrzyżowaniem podwórka z szybem wentylacyjnym.

Ulice są piękne. Fasady kamienic wyłożone są kafelkami malowanymi w niebieskie lub wielokolorowe wzory, ale wiele z tych wspaniałych niegdyś budynków jest zamkniętych na głucho, a połowa z nich ma dodatkowo wysprejowany napis „tyle domów bez ludzi, tylu ludzi bez domów”. Raczej trudno tu o kamienicę, której udałoby się całkowicie oprzeć wpływowi ulicy; graffiti i wlepki są po prostu wszędzie.

Ludzie wychodzą w kapciach do idyjskiego sklepu spożywczego na rogu, stareńkie tramwaje dzwonią na parkujące na środku ulicy samochody swoimi oldschoolowymi dzwonkami, a przystojni panowie policjanci tylko się śmieją, kiedy wchodzisz im pod koła radiowozu przechodząc w miejscu niedozwolonym. Można tu podziwiać wszystkie odcienie ludzkości; pewnie połowa z nas jest imigrantami, a druga połowa nie ma innego wyjścia jak tylko się z tym pogodzić.

W niedzielę organizujemy z naszą grupą wolontariuszy imprezę sportową w dzielnicy, w której znajduje się nasze biuro. Wszyscy będą mogli przyjść do parku i wziąć udział w bezpłatnych zajęciach na świeżym powietrzu. Wyszliśmy promować wydarzenie wśród mieszkańców, a ja podczas mojego spaceru dałam ulotkę również panu taksówkarzowi, który stał przy swoim aucie i zapytał, co reklamuję. Zapytał czy to ma być w niedzielę w parku i jednocześnie wyjął chuja ze spodni i zaczął się masturbować. Czarny kutas lśnił w pełnym słońcu dnia na środku ulicy, podczas gdy ręka taksówkarza miarowo się poruszała. Wkurw usósł we mnie w ułamku sekundy. Zapytałam czy chce, żebym wezwała policję i kazałam mu z tamtąd wypierdalać natychmiast. (W międzyczasie kalkulowałam wszystkie przeciw i przeciw wzywaniu policji, które mogłoby się dla mnie zakończyć kosą pod żebra w niedzielę w parku.) Tak więc stałam przy jego taksówce i krzyczałam, żeby wypierdalał, a on nawet trochę skurczyl się w sobie, zaczął przepraszać, wsiadł i przekręcił kluczyk w stacyjce. Żadne portugalskie przekleństwa nie przychodziły mi do głowy, ostatecznie rzucałam więc jakieś po angielsku dopóki nie odjechał, nie do końca wierząc, że je rozumie. Czułam się bezsilna językowo na tej mojej emigracji, czułam, że to nie fair, że nie mogę nawet chuja zwyzywać od chujów. Czułam, że to, co zrobił, uchodzi mu całkiem na sucho i w dowolnym momencie po prostu to powtórzy bawiąc się setnie po raz kolejny.

Ten mnie zaskoczył w pełni mojej beztroski, ale może chociaż następnym razem dupkom jego pokroju nie pójdzie już ze mną tak łatwo (przynajmniej dopóki nie zobaczę noża, albo spluwy, albo nie będę sama w ciemnym zaułku, albo nie będzie ich zbyt wielu, albo łotr nie będzie wyglądał na psychopatę, albo nie będzie to bardzo niebezpieczna dzielnica, albo typ nie będzie się uśmiechał naprawdę podle…).

Teraz już wiem, że Lizbona jest dokladnie tak brudna na jaką wygląda, a moim kolejnym zadaniem będzie nauczenie się niszowego narzecza prymitywnych słotrasynów pełzających cieniem i słońcem tego miasta.

moja ulica

moja ulica

Kolumbijskie przepisy

Z Hiszpanii wyjeżdżałam miesiąc temu, na tak zwane „zawsze”.

Moja współlokatorka, powiedzmy, MyFriend, powiedziała, że jeżeli kiedykowiek będę w Sewilli, ja albo któraś z moich sióstr, z którymi MyFriend nie zamieniła więcej niż po dwa zdania, możemy bez problemu zatrzymać się u nich w mieszkaniu. U nich, czyli u dwóch Kolumbijek, jednej Paragwajki i jednej Hiszpanki.

 

Przepis kolumbijski numer jeden: Podróżnych w dom przyjąć.

 

Wróciłam. Kiedy przyjechałam, od razu dostałam klucze do mieszkania, wszystkie rzeczy, które zostawiłam tu miesiąc temu, i własny pokój. MyFriend zaproponowała, że zrobi mi kolację, mimo że była już pierwsza w nocy, i przyniosła herbatę. Niestety nie porozmawiałyśmy długo, bo nagle zamieniła się w jednoosobowe centrum telefoniczne. W jednej ręce trzymała stacjonarny, w drugiej komórkę i usiłowała dzwoniąc po swojej rodzinie i znajomych sprawić, żeby nieznana jej za bardzo dziewczyna, przyjaciółka jej przyjaciółki, miała gdzie spać tej nocy po drugiej stronie Atlantyku. Ostatecznie jednak dziewczyna sama znalazła sobie jakieś lokum, MyFriend postanowiła więc po prostu przesłać jej pieniądze na życie.

Trzy dni zajęło mi przekonanie MyFriend, która uważa mnie za swojego gościa, że skoro mieszkam sobie tutaj normalnie, mam klucze, mam swoj pokój i mogę robić w mieszkaniu co mi się żywnie podoba, do tego przez okrągły miesiąc, to może jednak powinnam coś za to zapłacić. Ostatecznie i tak zgodziła się tylko na połowę stawki i zastrzegła: „Jak tylko wynajmę twój pokój, i będziesz się musiała przeprowadzić do mojego, to oddam ci te pieniądze.”

 

Przepis kolumbijski numer dwa: Głodnych nakarmić, spragnionych napoić.

 

Następnego dnia po przyjeździe czekał na mnie obiad i prośba o wybaczenie: „Przepraszam, że nie bardzo zwracam uwagę na to, co chcesz jeść i o jakiej porze, ale gotuję po prostu jak mam czas i to, co sama chcę zjeść, i akurat jest pod ręką… No ale najwyżej sobie odgrzejesz, jak się zrobisz głodna, a jak ci nie smakuje, to nie zjesz. Wiem, to bardzo egoistycznie z mojej strony, ale taka już jestem.”

 

Przepis kolumbijski numer trzy: Nieumiejętnych pouczać.

 

Powiedziałam MyFriend przy obiedzie w ramach plotkowania, że boli mnie gardło i zaraz się rozchoruję, na co został mi wyrecytowany kolumbijski przepis na zdrowie. Należy pokroić jedną dużą, albo dwie małe cebule w plasterki, zalać to sokiem z dwóch cytryn, dodać miodu i zostawić na parę godzin. Potem dwie łyżki tymianku należy zagotować w dwóch litrach wody, przestudzić, dodać cebulę z cytryną i miodem i pić dwie łyżki co dwie godziny. Podziękowałam za dobrą radę, ale w moich oczach najwyraźniej widać było, że uznałam przepis za zbyt skomplikowany, bo po obiedzie MyFriend zaprowadziła mnie do kuchni i pokazała, gdzie jest cebula, gdzie są cytryny, gdzie jest miód, a w którym słoiku stoi tymianek, i powtórzyła mi jeszcze raz cały przepis, żebym go dobrze zapamiętała.

 

Przepisy europejskie, różne.

 

MyFriend przyjechała do Hiszpanii nielegalnie. Zakochała się jeszcze w Kolumbii, ale jej para wyjechała do Europy, więc ona postanowiła tam do niej dołączyć. Jako że w tym czasie Hiszpania nie przyjmowała już więcej Kolumbijczyków, MyFriend pojechała do Wenezueli, gdzie za pożyczone od rodziny dwa tysiące euro załatwiła sobie fałszywe wenezuelskie papiery, i kupiła bilet do Hiszpanii. Ryzykowała, mogła stracić wszystkie pożyczone pieniądze i trafić do więzienia. Miała szczęście, udało jej się, dotarła do Europy, rodzina dosłała jej prawdziwe dokumenty, po jakimś czasie udało jej się ostatecznie zalegalizować pobyt.

 

Wczoraj wkleiłam na jednym z portali społecznościowych odnośnik do zasad abolicji dla obcokrajowców, którzy w Polsce przebywają nielegalnie. Moje działanie zaskoczyło pewnego Polaka, który od lat mieszka na Wyspach Brytyjskich. Bardzo chciał się dowiedzieć, czy poważnie popieram tę abolicję, bo „na co nam te czaruchy w Polsce?”. Na moje pytanie, na co komu Polacy na Wyspach i w Hiszpanii miał gotową odpowiedź: „No ale Polak to Polak. A czarnuch taki? W nocy tylko oczy im widać, na co komu ta chołota bez szkoły. Z buszu.” Zapytałam, co w takim razie sądzi o wykształconych obcokrajowcach w Polsce i Polakach bez szkoły w Anglii. Kazano mi przestać porównywać „czarnych” do Polaków, po czym sypnięto hojnie różnymi rasistowskimi dowcipami.

 

MyFriend ma pecha, podpada chyba pod każdy rodzaj dyskryminacji. Ma ciemny kolor skróry, nie pochodzi z dobrej rodziny, nie jest bogata, jest kobietą, jest imigrantem, jest aieistką, jest lesbijką. Jest jedną z najlepszych, najinteligentniejszych i najodważniejszych osób, jakie w życiu poznałam. Czy ktoś chciałby coś dodać?

 

Osiem godzin. Wien.

Do Wiednia dojechaliśmy opóźnionym autobusem, po dziewięciogodzinnej podróży, podczas której nie zmrużyliśmy oka, wciśnięci między bardzo miłą puszystą panią i mrukliwego Murzyna zajmującego półtorej siedzenia. U-Bahn 3, który o szóstej rano oprócz nas wiózł jeszcze robotników na budowy, jakieś panie w chustach i panów w kurtkach dżinsowych, zostawił nas w podziemiach Stephansplatzu. Na powierzchni oprócz białych dostawczych minivanów zastaliśmy tylko jedną turystkę, w czerwonej zwiewnej sukience, która poprosiła nas o zdjęcie na tle zasłoniętej rusztowaniami katedry. (Była pewnie widmem rusałki, bo śmiertelnicy raczej nie wychodzą z hoteli o świcie.) Wymijając samochody dostawcze zastawiające o tej porze centrum każdego miasta, mogliśmy podziwiać ogromne, jasne budynki stojące wzdłuż czystych ulic. Było prawie pusto, oprócz dostawców tylko groźnie wygladający taksówkarz zatrzymał się na ulicy nieopodal ławki, na której wyczekiwaliśmy otwarcia McD. Wypatrzył nadchodzącego kolegę i zaczął do niego krzyczeć w jakimś słowiańskim języku, po czym wsiedli do auta i po brawurowym w tył zwrot błyskawicznie zniknęli nam z oczu.

Kiedy do upragnionej siódmej brakowało pięciu minut, dotarliśmy pod bramy McD i zastaliśmy tam już dwie grupki ukraińskich robotników, tak jak my czekających na otwarcie. Po chwili przyjachało również trzech Hindusów na rowerach, które z tyłu przyczepione miały plastikowe skrzynki. Były puste, więc ich przeznaczenie pozostało dla mnie uwierająca mocno tajemnicą. Dwie minuty po tym, jak zegar wybił siódmą, tęgi Hindus przekręcił klucz w drzwiach i stanął naprzeciwko nas, sporego już tłumu. Pan Gupta zamienił kilka słów z pierwszą grupką robotników po czym wpuścił nas wszystkich do środka. Obsługa składała się z samych Hindusów – w ich wykonaniu nawet niemiecki nie brzmiał tak źle. Generalnie austriacka niemieckość jest faktycznie mniej niemiecka (oprócz bitte entwerten na bilecie i brukowcowej jakości darmowych gazet w krzykliwych kolorach).

Posileni globalną jajecznicą razem z robotnikami opuściliśmy ten przytułek dla ubogich, aby spokojnie podziwiać złote kule, zielonkawe pomniki i białe budynki wpisane na listę UNESCO. Wiedeń wydaje się być nadal miastem imperialnym. Jest imponujacy. Ogromny. Piekny, ale ogromny. Z powodu nadmiaru pałacowatych konstrukcji, wyraźnie zapamietałam tylko jeden budynek; neogotycki Kosciół Wotywny, z dwoma romantycznymi wieżami oraz pełnym kolorów i zdobień wnętrzem, pozbawionym jednak mariackiego przewspanialania.

Po multikulturowym śniadaniu, kiedy wraz z wybiciem ósmej minęła pora przeznaczona dla robotników i zbieraczy, nie widzieliśmy już tylu imigrantów, ulice wypełniali (po brzegi) turyści i prawowici Austriacy.

Wiedeń opuścić mieliśmy liniami AirBerlin, które w umiarkowanej cenie miały nas przetransportować do Rumunii. Jednak sprytni Niemcy pozbyli się ubogich podróżujących i w okienku wydrukowano nam bilet na FlyNiki. Na samolocie wymalowana była muszka plujka, a stewardessy nosiły różowe kaszkiety. Nie pozostało nam do zrobienia już nic innego jak tylko zasnąć i przespać porę darmowych kanapek w plastikowych pudełeczkach. Muszka Niki siłą swoich tytanowych skrzydełek i wyłupiastych oczu unosiła nas w stronę Bukaresztu.

Autobus

Zatrzymuje się na przystanku i nigdy nie wiesz, czy tym razem to trzyminutowy postój, czy czekać trzeba będzie jeszcze dłużej. Korpulentna pani kierowca o blond-rudych włosach wychodzi zostawiając nas wszystkich w środku (wygdląda na to, że w porównaniu do Krakowa, Cyganie nie kradną tu autobusów), ale już po chwili wraca z dwulitrową butelką wody mineralnej w triumfalnie wyciagnietej ręce.

  • Ktoś chce? – pyta.

Autobus milczy, w głębi duszy zapewne marząc o łyku płynu prosto z lodówki. Ja ściskam z uczuciem własną butelkę wody mineralnej, z którą nie rozstaję się nawet na chwilę.

  • Ludzie – mówi pani kierowca – miłości wam nie mogę dać, ale trochę wody bez problemu.

Autobus wybucha śmiechem, a nasza pani opiekunka wraca za kierownicę. Jednak nie rusza. Najwidoczniej dotknął nas postój z gatunku długotrwałych. Wtedy po lewej mija nas drugi autobus z tym samym numerem i zatrzymuje się przed nami. Pani kierowca odwraca się do nas i zachęca do ucieczki:

  • Ja tu jeszcze chwilę postoję, więc jak chcecie to się przesiądźcie, on pojedzie szybciej i ma lepszą klimę.

Lepsza klima – dwa razy powtarzać nie trzeba.

Po poł roku jeżdżenia bezpłciowym sewilskim metrem zmiana miejsca pracy tchnęła trochę życia w moje podróżowanie. Z ulgą powitałam powolne autobusy, wsiadanie przednimi drzwiami, witanie się z kierowcą, pikanie karty miejskiej, drukowanie biletu, przystanki na żądanie. Żółte pola porośnięte wiecznie wyschłą trawą, białe domy przedmieść i drzewka oliwne przy drodze. Farbowane blondyny po pięćdziesiątce, panów Murzynów jadących na uniwersytet albo sprzedawać chusteczki higieniczne przy autostradzie (ci czasem wyprowadzają kierowców z równowagi płacąc za bilet jednocentówkami), Chinki, całe kolumbijskie rodziny, dresiary z niemowlętami na ręku, staruszków z farbowanymi na czarno resztkami włosów zaczesanymi na łysinę, słowiańskich imigrantów, rude Filifionki wymyślające na czym świat stoi i cani, czyli miescową odmianę naszych dresiarzy, o opalonych twarzyczkach, z głowami wygolonymi po bokach i grzywą na czubku, w różowych podkoszulkach, z kolczykami i w klapkach.

Znam już twarze wszystkich kierowców, niektórych (tych przystojnych) nawet pamiętam sprzed dwóch lat, kiedy jeździłam do centrum tą samą linią. Po szarości metra z radością przyjmuję nawet fakt, że autobus zatrzymuje się na przystanku w szczerym polu i czekamy aż pani blodynka z trwałą dokończy opowiadać pani kierowcy plotki, wycałuje ją we wszystkie policzki i ostatecznie wysiądzie machając ręką na pożegnanie. I że pan kierowca po tym, jak już pikniesz bilet żartuje, że nie trzeba było, bo tego dnia kobiety jeżdżą za darmo. Trochę gorzej znoszę natomiast, kiedy przy 45 stopniach psuje się klimatyzacja. Wtedy to mobilna nagrzana puszka, w której nie da się przeżyć nawet tych 15 minut bez wody i wachlarza nie ryzykując utraty przytomności.

Wcześnie rano i późnym wieczorem mogę też wsiąść na rower (jeżdżenie w upale zagraża życiu i zdrowiu). Jadę sobie wtedy pośród drzew, ptaszki śpiewają, mijam jakieś dziwne, pseudozabytkowe ruiny, kwitną krzewy, mijam rzekę, spotykam żółwia na środku ścieżki rowerowej, wdycham prawie świeży kwiatowy powiew od wody, spotykam zwierzątko futerkowe na środku ścieżki rowerowej, coś jakby… hm… szczura.

Tak, wszystkie środki transportu mają swoje wady (do samochodu po całym dniu na słońcu po prostu nie da się wsiąść, klamka parzy, siedzenie parzy, powietrze parzy, nie da się oddychać), ale jedno jest pewne; najgorzej iść na piechotę. Słońce pali w kark, promienie odbijają się od chodnika i rykoszetem atakują łydki, zawsze warto nadłożyć drogi, byle tylko pójść kawałek cieniem i przede wszystkim nie wolno wychodzić na ulicę bez buteli wody. Słowo dom brzmiałoby jak wybawienie, gdyby nie to, że słońce bezusterkowo wpada przez okno, a chińskie wiatraki po miesiącu wypluwają śrubki i odmawiają posłuszeństwa.

Previous Older Entries