Berlin

– Excuse me, do you know how to get to the bus station?

(Dziewczyna patrzy to na mnie, to na swojego chłopaka.)

– Bus station?

– Ja ja, ich verstehe, aber ich habe keine ahnung.

DSCN4277

herbata miętowa od Pakistańczyków

herbata miętowa od Pakistańczyków

Reklamy

Santa Filomena

Dom, którego już nie ma

Następnego dnia ludzie jeszcze wygrzebywali z gruzów swoje rzeczy

Kurdwanów. Imperium zła.

Do domu odprowadzają mnie lisy, po drodze płoszę sarenki, za oknem drepczą bażanty, a moje koty straszą wiewiórki. Mieszkam w imperium zła.
Przechodzi tędy droga świętego Jakuba, prosto do Santiago de Compostela w Hiszpanii, ale nie wiem, czy ktoś tu kiedyś widział pielgrzyma. Ludzie budują domy, hodują kury, wyrzucają śmieci do lasu, normalne życie. Poszłam wczoraj pobiegać sobie po mojej wsi Kurdwanów Stary, z której świetnie widać Manhattan Kurdwanowa Nowego. Mogłam wdychać jednocześnie spaliny samochodów i zapach świeżo skoszonej trawy, a także rozkładających się papierówek i śliwek, których nikt nie zbiera.

w tle bloki Kurdwanowa

w tle bloki Kurdwanowa

znak Drogi św. Jakuba

znak Drogi św. Jakuba

Aż dotarłam do fortu.
Fort artyleryjski 51 „Rajsko” VII obszaru warownego Twierdzy Kraków to główny, jednowałowy fort artyleryjski, który powstał w latach 1874-84.
Ważne położenie, duże rozmiary i znaczne oddalenie od sąsiednich fortów spowodowały, że fort „Rajsko” dysponował znacznie większą siłą ognia niż podobne do niego umocnienia.
Tak mówi tabliczka ufundowana przez Małopolskę. Reszta fortu mówi sama za siebie. Cracovia. Śmierć Wiśle. Nigdy nie zejdziemy na psy. Mamy ambicje jebać policje. CHWDP. Jebać psy. KSC. Jude gang. Cracovia hooligans.


Wczoraj widziałam tam coś, co wyglądało jak zmumifikowany kot. Albo zmumifikowany nietoperz. Leżało na oknie tuż obok napisu „Imperium zła Q”. Nie powiem, że widziałam zmumifikowanego kota, który leżał na oknie, nie zwariowałam. Ja tylko widziałam coś, co do złudzenia przypominało zmumifikowanego kota. Ot, tyle. Dzisiaj truchła nie było, był za to żywy kot, który uciekał kawałek dalej przy każdym moim ruchu. Dzisiaj mumii nie było, nie udało się jej sfotografować, nie ma dowodów i możecie mnie wziąć za wariatkę. Sama siebie wzięłabym za wariatkę, gdyby nie słowa pana, na którego natknęłam się w forcie. Zbierał owoce, ze stoickim spokojem mieszkańca wsi brodząc w rozbitych butelkach po wódce.
– Pani chce zwiedzać fort? To od góry trzeba pójść. Ale samej to nie radzę…
Chciałabym wiedzieć co to było. Kiedy będę już stara i będę siedzieć w moim fotelu na biegunach z fajką w łapce, wtedy przyjdzie do mnie Zdzichu dres i powie:
– Proszę pani, kazano mi tu przyjść z objawieniem. Mumia znaczy „dzisiaj sprzedajemy”, a brak mumii „dzisiaj nie sprzedajemy”.
Coś przecież musi w tym być. Mumia kota, króla imperium zła, musi mieć sens.
Albo może nie musi.

Kolumbijskie przepisy

Z Hiszpanii wyjeżdżałam miesiąc temu, na tak zwane „zawsze”.

Moja współlokatorka, powiedzmy, MyFriend, powiedziała, że jeżeli kiedykowiek będę w Sewilli, ja albo któraś z moich sióstr, z którymi MyFriend nie zamieniła więcej niż po dwa zdania, możemy bez problemu zatrzymać się u nich w mieszkaniu. U nich, czyli u dwóch Kolumbijek, jednej Paragwajki i jednej Hiszpanki.

 

Przepis kolumbijski numer jeden: Podróżnych w dom przyjąć.

 

Wróciłam. Kiedy przyjechałam, od razu dostałam klucze do mieszkania, wszystkie rzeczy, które zostawiłam tu miesiąc temu, i własny pokój. MyFriend zaproponowała, że zrobi mi kolację, mimo że była już pierwsza w nocy, i przyniosła herbatę. Niestety nie porozmawiałyśmy długo, bo nagle zamieniła się w jednoosobowe centrum telefoniczne. W jednej ręce trzymała stacjonarny, w drugiej komórkę i usiłowała dzwoniąc po swojej rodzinie i znajomych sprawić, żeby nieznana jej za bardzo dziewczyna, przyjaciółka jej przyjaciółki, miała gdzie spać tej nocy po drugiej stronie Atlantyku. Ostatecznie jednak dziewczyna sama znalazła sobie jakieś lokum, MyFriend postanowiła więc po prostu przesłać jej pieniądze na życie.

Trzy dni zajęło mi przekonanie MyFriend, która uważa mnie za swojego gościa, że skoro mieszkam sobie tutaj normalnie, mam klucze, mam swoj pokój i mogę robić w mieszkaniu co mi się żywnie podoba, do tego przez okrągły miesiąc, to może jednak powinnam coś za to zapłacić. Ostatecznie i tak zgodziła się tylko na połowę stawki i zastrzegła: „Jak tylko wynajmę twój pokój, i będziesz się musiała przeprowadzić do mojego, to oddam ci te pieniądze.”

 

Przepis kolumbijski numer dwa: Głodnych nakarmić, spragnionych napoić.

 

Następnego dnia po przyjeździe czekał na mnie obiad i prośba o wybaczenie: „Przepraszam, że nie bardzo zwracam uwagę na to, co chcesz jeść i o jakiej porze, ale gotuję po prostu jak mam czas i to, co sama chcę zjeść, i akurat jest pod ręką… No ale najwyżej sobie odgrzejesz, jak się zrobisz głodna, a jak ci nie smakuje, to nie zjesz. Wiem, to bardzo egoistycznie z mojej strony, ale taka już jestem.”

 

Przepis kolumbijski numer trzy: Nieumiejętnych pouczać.

 

Powiedziałam MyFriend przy obiedzie w ramach plotkowania, że boli mnie gardło i zaraz się rozchoruję, na co został mi wyrecytowany kolumbijski przepis na zdrowie. Należy pokroić jedną dużą, albo dwie małe cebule w plasterki, zalać to sokiem z dwóch cytryn, dodać miodu i zostawić na parę godzin. Potem dwie łyżki tymianku należy zagotować w dwóch litrach wody, przestudzić, dodać cebulę z cytryną i miodem i pić dwie łyżki co dwie godziny. Podziękowałam za dobrą radę, ale w moich oczach najwyraźniej widać było, że uznałam przepis za zbyt skomplikowany, bo po obiedzie MyFriend zaprowadziła mnie do kuchni i pokazała, gdzie jest cebula, gdzie są cytryny, gdzie jest miód, a w którym słoiku stoi tymianek, i powtórzyła mi jeszcze raz cały przepis, żebym go dobrze zapamiętała.

 

Przepisy europejskie, różne.

 

MyFriend przyjechała do Hiszpanii nielegalnie. Zakochała się jeszcze w Kolumbii, ale jej para wyjechała do Europy, więc ona postanowiła tam do niej dołączyć. Jako że w tym czasie Hiszpania nie przyjmowała już więcej Kolumbijczyków, MyFriend pojechała do Wenezueli, gdzie za pożyczone od rodziny dwa tysiące euro załatwiła sobie fałszywe wenezuelskie papiery, i kupiła bilet do Hiszpanii. Ryzykowała, mogła stracić wszystkie pożyczone pieniądze i trafić do więzienia. Miała szczęście, udało jej się, dotarła do Europy, rodzina dosłała jej prawdziwe dokumenty, po jakimś czasie udało jej się ostatecznie zalegalizować pobyt.

 

Wczoraj wkleiłam na jednym z portali społecznościowych odnośnik do zasad abolicji dla obcokrajowców, którzy w Polsce przebywają nielegalnie. Moje działanie zaskoczyło pewnego Polaka, który od lat mieszka na Wyspach Brytyjskich. Bardzo chciał się dowiedzieć, czy poważnie popieram tę abolicję, bo „na co nam te czaruchy w Polsce?”. Na moje pytanie, na co komu Polacy na Wyspach i w Hiszpanii miał gotową odpowiedź: „No ale Polak to Polak. A czarnuch taki? W nocy tylko oczy im widać, na co komu ta chołota bez szkoły. Z buszu.” Zapytałam, co w takim razie sądzi o wykształconych obcokrajowcach w Polsce i Polakach bez szkoły w Anglii. Kazano mi przestać porównywać „czarnych” do Polaków, po czym sypnięto hojnie różnymi rasistowskimi dowcipami.

 

MyFriend ma pecha, podpada chyba pod każdy rodzaj dyskryminacji. Ma ciemny kolor skróry, nie pochodzi z dobrej rodziny, nie jest bogata, jest kobietą, jest imigrantem, jest aieistką, jest lesbijką. Jest jedną z najlepszych, najinteligentniejszych i najodważniejszych osób, jakie w życiu poznałam. Czy ktoś chciałby coś dodać?

 

București. Miasto psów i kabli

Co to jest: dziura w ziemi, pełno piasku, obok odpadające kawałki chodnika, grupa wałęsających się bezdomnych psów i uzbrojony mężczyzna w spranym podkoszulku i ciemnych spodniach?

To plac przed dworcem autobusowym i policjant. Na to wszystko patrzą szare wieżowce i paru bezczynnych panów stojących po drugiej stronie dziury. Za rogiem znajdujemy budkę z kanapkami i drugą z biletami autobusowymi, z możliwością doładowania supernowoczesnej karty magnetycznej. Budkę oddziela od kawałka jezdni, gdzie zazwyczaj zatrzymuje się autobus, metrowej szerokości dziura, którą musimy obejść, żeby stanąć przy grupce ludzi czekającej na, najwidoczniej, przystanku. Na ziemi za budką z biletami siedzą trzy kobiety w średnim wieku. Zdają się nie zwracać uwagi na siebie nawzajem, patrzą, ale nic nie mówią, ani do siebie, ani do nas, o nic nie proszą. Siedzą. Nadjeżdża trolejbus. Wsiadamy i przykładamy naszą kartę magnetyczną do czytnika (inną opcją są bilety papierowe i kasowniki-dziurkacze), bardzo miła para wyjaśnia nam, gdzie mamy wysiąść. Po dwudziestu minutach widzimy jakieś wieżowce, kamienice, sklepy i rozsiadamy się wygodniej. Kiedy robi się już całkiem ciemno, wysiadamy na przystanku tuż za centrum, na słabo oświetlonej i całkowicie rozkopanej ulicy, i po dobrej chwili błądzenia, ciągłym uważaniu na rozkopy i zwisające ze słupów końce kabli znajdujemy nasz hostel. Prowadzi go pięćdziesięcioletni pan, który zaskakuje nas swoją dobrą angielszczyzną (jak się później okaże, wszystkich instrukcji wyuczył się na pamięć). Daje nam miejscowe klapki i każe zostawić buty pod schodami, po czym prowadzi nas do naszego pokoju: jest internet i rumuńska MTV, rumuńscy raperzy rapują, rumuńskie blondynki ze strasznym makijażem i w krótkich kieckach podrygują. Jest prawie jak w domu.

Następnego dnia rano, musieliśmy wyciągnąć z bankomatu trochę rumuńskiej waluty, żeby móc doładować naszą kartę magnetyczną, wsiąść do trolejbusa i pojechać do centrum. Banknoty są plastikowe i wyglądają na dziurawe, bo po lewej stronie mają zawsze jakiś przezroczysty obrazek, na przykład nutki czy maski, albo palety i pędzle, jak moje ulubione różowe 10 lei. Monety natomiast wyglądają jak żetony, są praktycznie puste, z grubo ciosanymi cyframi. Nie ma ich za to zbyt wiele, bo nawet jeden leu (rownowartość złotówki) to banknot.

Bukareszt nie jest typowym turystycznym miastem, nie oferuje pocztówek i maskotek, można za to spotkać starszuszki w chustkach zawiązanych pod brodą sprzedające pomidory i zieleninę z wiader, panów grających na akordeonach, pijanych żebraków i sklepy najpopulrniejszych światowych marek. W całym mieście natknęliśmy się na jeden tylko sklep z pamiątkami. Wychodzi się z niego prosto na pomnik Drakuli w najdziwniejszej części miasta. To na wpół rozkopany, na wpół zarośnięty placyk, z niepodobnymi do niczego resztkami dworu, z których nagle wystaje samotna kolumna, z wyglądającym zza zwykłych żerdek i okrągłych lamp grubo ciosanym popiersiem ¨wampira¨, otoczonym zaniedbanymi budynkami i z kościółkiem z boku.

Drakula w poprzednim wcieleniu nazywał się Wład, a dwór w tle był jedną z jego posiadłości. Urodził się w Siedmiogrodzie jako syn Włada Diabła (lub Smoka; drako-smok, dracul-diabeł, drăkulea-syn smoka/diabła), a do jego imienia niektórzy szybko dodali przydomek Palownik, wsławił się on bowiem upodobaniem do nabijania jeńców, pojmanych w licznych bojach, na pale, ku uciesze serc i oczu. Zafundował on Turkom samego Mechmeda II Zobywcy (Konstantynopola między innymi) widok tureckich jeńców wbitych na pale w ponoć trzykilometrowym szpalerze, szerokim na kilometr. Tylko tyle, nie upił ani łyczka krwi, czym więc zasłużył sobie na tak czarną legendę?

Okoliczne ulice są rozkopane, pracują przy nich pojedynczy robotnicy, więc chodzenie po samym centrum to brodzenie w piasku, pomiędzy bezdomnymi psami, włóczącymi się w grupach po trzy lub cztery, podczas gdy chodzenie po ulicach poza ścisłym centrum to ciągłe uchylanie się od końcówek kabli zwisających z niewiadomej przyczyny z każdego prawie słupa, mniej więcej na wysokości twarzy. Pomiędzy tym wszystkim, poupychane między szare bloki, znaleźć można malutkie cerkwie, wrota do innego świata. Prawie zawsze mają mały placyk przed wejściem, potem schodki, a w przedsionku sklepik: można w nim kupić wszelkiego rodzaju dewocjonalia i świece do modlitwy. We wnętrzu cerkwi często panuje półmrok, rozświetlany przez złote aureole świętych z ikon prawie całkowicie pokrywających ściany. Można tam zazwyczaj zastać wiernych; kobiety często przychodzą w chustkach na głowie i długich spódnicach, klęczą, lub stoją przytulone do obrazów, szepcząc coś świętym lub Jezusowi, potem nastepuje dotykanie i całowanie ich wizerunków, znak krzyża zakreślony trzema pierwszymi palcami prawej ręki i pokłon powstałemu w ten sposób jego obrazowi. Najwięcej uroku mają w Bukareszcie właśnie te wypełnione rytuałami cerkwie, mroczno-złote, piękne i fascynujące, sprawiające wrażenie odwiecznych.

Ich przeciwieństwem zdaje się być Palatul Parlamentului, Palac Parlamentu, monstrualnych rozmiarów budynek, pod względem powierzchni ustępujący tylko Pentagonowi. Zbudowany został przez drugie wcielenie Włada Palownika, Nicolae Ceaușescu, który z powodu różnych swoich planów budowlanych kazał wyburzyć jedną piątą Bukaresztu, w tym wiele zabytków, zanim obaliła go (i rozstrzelała) rewolucja w 1989. Za jego niepodzielnego panowania wraz z nowymi budynkami wzrastała populacja, bieda, zgony w potajemnych aborcjach, bezrobocie i HIV. Wszystko to zniknęło, lub powoli zanika, Palatul jak stał tak stoi. Do pałacu dojechać można reprezentacyjną, pełną fontann aleją i zaparkować na prawie pustym parkingu. Ogromny budynek wygląda na opuszczony, przy bramie wjazdowej stoi jeden strażnik, a przy wejściu widać zaledwie parę osób, które przy kolosalnym Palatul Parlamentului wyglądają jak mrówki.

Nazwa Rumunii nawiązuje do Imperium Rzymskiego, a Rumuni są do tego stopnia dumni ze swojej przeszłości jako rzymskiej kolonii, że stolica kraju, leżąca na siedmiu wzgórzach, posiada własny pomnik wilczycy. Język rumuński przeszedł w XIX wieku reromanizację, dzięki której najbliższy jest obecnie językowi włoskiemu, mimo że przed reformą prawie połowa słownictwa była pochodzenia słowiańskiego. Najbardziej fascynuje mnie fakt, że oprócz podobieństwa do wszystkich jezyków romańskich i słowianskich, czasami jakieś słówko pobrzmiewa niemieckawo czy arabskawo, być może jako jakieś odległe zpożyczenie. W rumuńskim jest wszystko, tak nasze jak i obce. Branză to ser, pui to kurczak albo dziecko.

Bukareszt to miasto fascynujące. Brudne, brzydkie i piękne. Czy można opisać je jednym zdaniem? Można: Nie ogarniam.

Osiem godzin. Wien.

Do Wiednia dojechaliśmy opóźnionym autobusem, po dziewięciogodzinnej podróży, podczas której nie zmrużyliśmy oka, wciśnięci między bardzo miłą puszystą panią i mrukliwego Murzyna zajmującego półtorej siedzenia. U-Bahn 3, który o szóstej rano oprócz nas wiózł jeszcze robotników na budowy, jakieś panie w chustach i panów w kurtkach dżinsowych, zostawił nas w podziemiach Stephansplatzu. Na powierzchni oprócz białych dostawczych minivanów zastaliśmy tylko jedną turystkę, w czerwonej zwiewnej sukience, która poprosiła nas o zdjęcie na tle zasłoniętej rusztowaniami katedry. (Była pewnie widmem rusałki, bo śmiertelnicy raczej nie wychodzą z hoteli o świcie.) Wymijając samochody dostawcze zastawiające o tej porze centrum każdego miasta, mogliśmy podziwiać ogromne, jasne budynki stojące wzdłuż czystych ulic. Było prawie pusto, oprócz dostawców tylko groźnie wygladający taksówkarz zatrzymał się na ulicy nieopodal ławki, na której wyczekiwaliśmy otwarcia McD. Wypatrzył nadchodzącego kolegę i zaczął do niego krzyczeć w jakimś słowiańskim języku, po czym wsiedli do auta i po brawurowym w tył zwrot błyskawicznie zniknęli nam z oczu.

Kiedy do upragnionej siódmej brakowało pięciu minut, dotarliśmy pod bramy McD i zastaliśmy tam już dwie grupki ukraińskich robotników, tak jak my czekających na otwarcie. Po chwili przyjachało również trzech Hindusów na rowerach, które z tyłu przyczepione miały plastikowe skrzynki. Były puste, więc ich przeznaczenie pozostało dla mnie uwierająca mocno tajemnicą. Dwie minuty po tym, jak zegar wybił siódmą, tęgi Hindus przekręcił klucz w drzwiach i stanął naprzeciwko nas, sporego już tłumu. Pan Gupta zamienił kilka słów z pierwszą grupką robotników po czym wpuścił nas wszystkich do środka. Obsługa składała się z samych Hindusów – w ich wykonaniu nawet niemiecki nie brzmiał tak źle. Generalnie austriacka niemieckość jest faktycznie mniej niemiecka (oprócz bitte entwerten na bilecie i brukowcowej jakości darmowych gazet w krzykliwych kolorach).

Posileni globalną jajecznicą razem z robotnikami opuściliśmy ten przytułek dla ubogich, aby spokojnie podziwiać złote kule, zielonkawe pomniki i białe budynki wpisane na listę UNESCO. Wiedeń wydaje się być nadal miastem imperialnym. Jest imponujacy. Ogromny. Piekny, ale ogromny. Z powodu nadmiaru pałacowatych konstrukcji, wyraźnie zapamietałam tylko jeden budynek; neogotycki Kosciół Wotywny, z dwoma romantycznymi wieżami oraz pełnym kolorów i zdobień wnętrzem, pozbawionym jednak mariackiego przewspanialania.

Po multikulturowym śniadaniu, kiedy wraz z wybiciem ósmej minęła pora przeznaczona dla robotników i zbieraczy, nie widzieliśmy już tylu imigrantów, ulice wypełniali (po brzegi) turyści i prawowici Austriacy.

Wiedeń opuścić mieliśmy liniami AirBerlin, które w umiarkowanej cenie miały nas przetransportować do Rumunii. Jednak sprytni Niemcy pozbyli się ubogich podróżujących i w okienku wydrukowano nam bilet na FlyNiki. Na samolocie wymalowana była muszka plujka, a stewardessy nosiły różowe kaszkiety. Nie pozostało nam do zrobienia już nic innego jak tylko zasnąć i przespać porę darmowych kanapek w plastikowych pudełeczkach. Muszka Niki siłą swoich tytanowych skrzydełek i wyłupiastych oczu unosiła nas w stronę Bukaresztu.