Szczęście, brak okien i nadmiar chujów

To uczucie prześladowało mnie przez cały dzień. Kiedy tylko uświadomiłam sobie, co się dzieje, zaczęłam obsesyjnie pragnąć powrotu do domu, żebym mogła wszystko naprawić. Przedłużające się zebranie w pracy coraz bardziej mnie irytowało, a ogrom rzeczy, które musiałam jeszcze zobić zanim dotrę do mieszkania, przerażał. Moje menelskie włosy nie dawały mi spokoju.

Podejrzewałam coś już od jakiegoś czasu, ale dopiero dziś uderzyło mnie to z całym impetem od dawna kumulowanej i nagle uwolnionej siły: szampon się tu nie pieni. Do wody dodają tyle chloru i innego obrzydliwstwa, że traci ona wszystkie swoje właściwości oprócz stanu ciekłego. Tak więc moje włosy przed i po prysznicu wyglądają dokładnie tak samo. Przytaszczyłam do łazienki butlę wody mineralnej i teraz ze spokojem patrzę w przyszłość.

Już czwarty tydzień mieszkam w Lizbonie. Przyjechałam tu w ramach programu Unii Europejskiej Młodzież w Działaniu, na tak zwany Wolontariat Europejski. Dzięki temu mogłam tutaj przylecieć, mam gdzie mieszkać i dostaję pieniądze na jedzenie oraz drobne kieszonkowe, moim obowiązkiem natomiast jest całkowicie poświęcić się pracy wolontariusza. (Tak na marginesie wspomnę tylko, że w kraju ludzi bez pracy moja nienajlepsza sytuacja finansowa dla wielu nadal jest godna pozazdroszczenia.)

Lizbona przywitała mnie swoim ciepłym nocnym światłem i tłumem ludzi celebrujących piątek na ulicach nieustająco biegnących w górę, w dół i znów w górę. Wąskie uliczki i suszące się pod oknami pranie przypominają klimat małych wiosek w zapomnianym już dawno dwudziestym wieku (a mieszkam w stolicy). Słońce grzeje tu codziennie, wino jest tanie i dobre, a budyniowe ciasteczka z cynamonem boskie. Poziom radości w Lizbonie podnosi również ogrom bezpłatnych imprez kulturalnych takich jak na przykład dzień mody, dzień sztuki, tydzień kina tureckiego, rok brazylijski oraz ogrom darmowych koncertów z okazji piątku czy soboty.

Miasto jest i słodkie i brudne, trochę lepkie i trochę śmierdzi. Widoki zapierają dech w piersiach, ale mój pokój nie ma okna. W zasadzie jedyne okno, które widuję w całym mieszkniu, to dość małe okno w kuchni, które wychodzi na przestrzeń będącą skrzyżowaniem podwórka z szybem wentylacyjnym.

Ulice są piękne. Fasady kamienic wyłożone są kafelkami malowanymi w niebieskie lub wielokolorowe wzory, ale wiele z tych wspaniałych niegdyś budynków jest zamkniętych na głucho, a połowa z nich ma dodatkowo wysprejowany napis „tyle domów bez ludzi, tylu ludzi bez domów”. Raczej trudno tu o kamienicę, której udałoby się całkowicie oprzeć wpływowi ulicy; graffiti i wlepki są po prostu wszędzie.

Ludzie wychodzą w kapciach do idyjskiego sklepu spożywczego na rogu, stareńkie tramwaje dzwonią na parkujące na środku ulicy samochody swoimi oldschoolowymi dzwonkami, a przystojni panowie policjanci tylko się śmieją, kiedy wchodzisz im pod koła radiowozu przechodząc w miejscu niedozwolonym. Można tu podziwiać wszystkie odcienie ludzkości; pewnie połowa z nas jest imigrantami, a druga połowa nie ma innego wyjścia jak tylko się z tym pogodzić.

W niedzielę organizujemy z naszą grupą wolontariuszy imprezę sportową w dzielnicy, w której znajduje się nasze biuro. Wszyscy będą mogli przyjść do parku i wziąć udział w bezpłatnych zajęciach na świeżym powietrzu. Wyszliśmy promować wydarzenie wśród mieszkańców, a ja podczas mojego spaceru dałam ulotkę również panu taksówkarzowi, który stał przy swoim aucie i zapytał, co reklamuję. Zapytał czy to ma być w niedzielę w parku i jednocześnie wyjął chuja ze spodni i zaczął się masturbować. Czarny kutas lśnił w pełnym słońcu dnia na środku ulicy, podczas gdy ręka taksówkarza miarowo się poruszała. Wkurw usósł we mnie w ułamku sekundy. Zapytałam czy chce, żebym wezwała policję i kazałam mu z tamtąd wypierdalać natychmiast. (W międzyczasie kalkulowałam wszystkie przeciw i przeciw wzywaniu policji, które mogłoby się dla mnie zakończyć kosą pod żebra w niedzielę w parku.) Tak więc stałam przy jego taksówce i krzyczałam, żeby wypierdalał, a on nawet trochę skurczyl się w sobie, zaczął przepraszać, wsiadł i przekręcił kluczyk w stacyjce. Żadne portugalskie przekleństwa nie przychodziły mi do głowy, ostatecznie rzucałam więc jakieś po angielsku dopóki nie odjechał, nie do końca wierząc, że je rozumie. Czułam się bezsilna językowo na tej mojej emigracji, czułam, że to nie fair, że nie mogę nawet chuja zwyzywać od chujów. Czułam, że to, co zrobił, uchodzi mu całkiem na sucho i w dowolnym momencie po prostu to powtórzy bawiąc się setnie po raz kolejny.

Ten mnie zaskoczył w pełni mojej beztroski, ale może chociaż następnym razem dupkom jego pokroju nie pójdzie już ze mną tak łatwo (przynajmniej dopóki nie zobaczę noża, albo spluwy, albo nie będę sama w ciemnym zaułku, albo nie będzie ich zbyt wielu, albo łotr nie będzie wyglądał na psychopatę, albo nie będzie to bardzo niebezpieczna dzielnica, albo typ nie będzie się uśmiechał naprawdę podle…).

Teraz już wiem, że Lizbona jest dokladnie tak brudna na jaką wygląda, a moim kolejnym zadaniem będzie nauczenie się niszowego narzecza prymitywnych słotrasynów pełzających cieniem i słońcem tego miasta.

moja ulica

moja ulica

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: