București. Miasto psów i kabli

Co to jest: dziura w ziemi, pełno piasku, obok odpadające kawałki chodnika, grupa wałęsających się bezdomnych psów i uzbrojony mężczyzna w spranym podkoszulku i ciemnych spodniach?

To plac przed dworcem autobusowym i policjant. Na to wszystko patrzą szare wieżowce i paru bezczynnych panów stojących po drugiej stronie dziury. Za rogiem znajdujemy budkę z kanapkami i drugą z biletami autobusowymi, z możliwością doładowania supernowoczesnej karty magnetycznej. Budkę oddziela od kawałka jezdni, gdzie zazwyczaj zatrzymuje się autobus, metrowej szerokości dziura, którą musimy obejść, żeby stanąć przy grupce ludzi czekającej na, najwidoczniej, przystanku. Na ziemi za budką z biletami siedzą trzy kobiety w średnim wieku. Zdają się nie zwracać uwagi na siebie nawzajem, patrzą, ale nic nie mówią, ani do siebie, ani do nas, o nic nie proszą. Siedzą. Nadjeżdża trolejbus. Wsiadamy i przykładamy naszą kartę magnetyczną do czytnika (inną opcją są bilety papierowe i kasowniki-dziurkacze), bardzo miła para wyjaśnia nam, gdzie mamy wysiąść. Po dwudziestu minutach widzimy jakieś wieżowce, kamienice, sklepy i rozsiadamy się wygodniej. Kiedy robi się już całkiem ciemno, wysiadamy na przystanku tuż za centrum, na słabo oświetlonej i całkowicie rozkopanej ulicy, i po dobrej chwili błądzenia, ciągłym uważaniu na rozkopy i zwisające ze słupów końce kabli znajdujemy nasz hostel. Prowadzi go pięćdziesięcioletni pan, który zaskakuje nas swoją dobrą angielszczyzną (jak się później okaże, wszystkich instrukcji wyuczył się na pamięć). Daje nam miejscowe klapki i każe zostawić buty pod schodami, po czym prowadzi nas do naszego pokoju: jest internet i rumuńska MTV, rumuńscy raperzy rapują, rumuńskie blondynki ze strasznym makijażem i w krótkich kieckach podrygują. Jest prawie jak w domu.

Następnego dnia rano, musieliśmy wyciągnąć z bankomatu trochę rumuńskiej waluty, żeby móc doładować naszą kartę magnetyczną, wsiąść do trolejbusa i pojechać do centrum. Banknoty są plastikowe i wyglądają na dziurawe, bo po lewej stronie mają zawsze jakiś przezroczysty obrazek, na przykład nutki czy maski, albo palety i pędzle, jak moje ulubione różowe 10 lei. Monety natomiast wyglądają jak żetony, są praktycznie puste, z grubo ciosanymi cyframi. Nie ma ich za to zbyt wiele, bo nawet jeden leu (rownowartość złotówki) to banknot.

Bukareszt nie jest typowym turystycznym miastem, nie oferuje pocztówek i maskotek, można za to spotkać starszuszki w chustkach zawiązanych pod brodą sprzedające pomidory i zieleninę z wiader, panów grających na akordeonach, pijanych żebraków i sklepy najpopulrniejszych światowych marek. W całym mieście natknęliśmy się na jeden tylko sklep z pamiątkami. Wychodzi się z niego prosto na pomnik Drakuli w najdziwniejszej części miasta. To na wpół rozkopany, na wpół zarośnięty placyk, z niepodobnymi do niczego resztkami dworu, z których nagle wystaje samotna kolumna, z wyglądającym zza zwykłych żerdek i okrągłych lamp grubo ciosanym popiersiem ¨wampira¨, otoczonym zaniedbanymi budynkami i z kościółkiem z boku.

Drakula w poprzednim wcieleniu nazywał się Wład, a dwór w tle był jedną z jego posiadłości. Urodził się w Siedmiogrodzie jako syn Włada Diabła (lub Smoka; drako-smok, dracul-diabeł, drăkulea-syn smoka/diabła), a do jego imienia niektórzy szybko dodali przydomek Palownik, wsławił się on bowiem upodobaniem do nabijania jeńców, pojmanych w licznych bojach, na pale, ku uciesze serc i oczu. Zafundował on Turkom samego Mechmeda II Zobywcy (Konstantynopola między innymi) widok tureckich jeńców wbitych na pale w ponoć trzykilometrowym szpalerze, szerokim na kilometr. Tylko tyle, nie upił ani łyczka krwi, czym więc zasłużył sobie na tak czarną legendę?

Okoliczne ulice są rozkopane, pracują przy nich pojedynczy robotnicy, więc chodzenie po samym centrum to brodzenie w piasku, pomiędzy bezdomnymi psami, włóczącymi się w grupach po trzy lub cztery, podczas gdy chodzenie po ulicach poza ścisłym centrum to ciągłe uchylanie się od końcówek kabli zwisających z niewiadomej przyczyny z każdego prawie słupa, mniej więcej na wysokości twarzy. Pomiędzy tym wszystkim, poupychane między szare bloki, znaleźć można malutkie cerkwie, wrota do innego świata. Prawie zawsze mają mały placyk przed wejściem, potem schodki, a w przedsionku sklepik: można w nim kupić wszelkiego rodzaju dewocjonalia i świece do modlitwy. We wnętrzu cerkwi często panuje półmrok, rozświetlany przez złote aureole świętych z ikon prawie całkowicie pokrywających ściany. Można tam zazwyczaj zastać wiernych; kobiety często przychodzą w chustkach na głowie i długich spódnicach, klęczą, lub stoją przytulone do obrazów, szepcząc coś świętym lub Jezusowi, potem nastepuje dotykanie i całowanie ich wizerunków, znak krzyża zakreślony trzema pierwszymi palcami prawej ręki i pokłon powstałemu w ten sposób jego obrazowi. Najwięcej uroku mają w Bukareszcie właśnie te wypełnione rytuałami cerkwie, mroczno-złote, piękne i fascynujące, sprawiające wrażenie odwiecznych.

Ich przeciwieństwem zdaje się być Palatul Parlamentului, Palac Parlamentu, monstrualnych rozmiarów budynek, pod względem powierzchni ustępujący tylko Pentagonowi. Zbudowany został przez drugie wcielenie Włada Palownika, Nicolae Ceaușescu, który z powodu różnych swoich planów budowlanych kazał wyburzyć jedną piątą Bukaresztu, w tym wiele zabytków, zanim obaliła go (i rozstrzelała) rewolucja w 1989. Za jego niepodzielnego panowania wraz z nowymi budynkami wzrastała populacja, bieda, zgony w potajemnych aborcjach, bezrobocie i HIV. Wszystko to zniknęło, lub powoli zanika, Palatul jak stał tak stoi. Do pałacu dojechać można reprezentacyjną, pełną fontann aleją i zaparkować na prawie pustym parkingu. Ogromny budynek wygląda na opuszczony, przy bramie wjazdowej stoi jeden strażnik, a przy wejściu widać zaledwie parę osób, które przy kolosalnym Palatul Parlamentului wyglądają jak mrówki.

Nazwa Rumunii nawiązuje do Imperium Rzymskiego, a Rumuni są do tego stopnia dumni ze swojej przeszłości jako rzymskiej kolonii, że stolica kraju, leżąca na siedmiu wzgórzach, posiada własny pomnik wilczycy. Język rumuński przeszedł w XIX wieku reromanizację, dzięki której najbliższy jest obecnie językowi włoskiemu, mimo że przed reformą prawie połowa słownictwa była pochodzenia słowiańskiego. Najbardziej fascynuje mnie fakt, że oprócz podobieństwa do wszystkich jezyków romańskich i słowianskich, czasami jakieś słówko pobrzmiewa niemieckawo czy arabskawo, być może jako jakieś odległe zpożyczenie. W rumuńskim jest wszystko, tak nasze jak i obce. Branză to ser, pui to kurczak albo dziecko.

Bukareszt to miasto fascynujące. Brudne, brzydkie i piękne. Czy można opisać je jednym zdaniem? Można: Nie ogarniam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: