Osiem godzin. Wien.

Do Wiednia dojechaliśmy opóźnionym autobusem, po dziewięciogodzinnej podróży, podczas której nie zmrużyliśmy oka, wciśnięci między bardzo miłą puszystą panią i mrukliwego Murzyna zajmującego półtorej siedzenia. U-Bahn 3, który o szóstej rano oprócz nas wiózł jeszcze robotników na budowy, jakieś panie w chustach i panów w kurtkach dżinsowych, zostawił nas w podziemiach Stephansplatzu. Na powierzchni oprócz białych dostawczych minivanów zastaliśmy tylko jedną turystkę, w czerwonej zwiewnej sukience, która poprosiła nas o zdjęcie na tle zasłoniętej rusztowaniami katedry. (Była pewnie widmem rusałki, bo śmiertelnicy raczej nie wychodzą z hoteli o świcie.) Wymijając samochody dostawcze zastawiające o tej porze centrum każdego miasta, mogliśmy podziwiać ogromne, jasne budynki stojące wzdłuż czystych ulic. Było prawie pusto, oprócz dostawców tylko groźnie wygladający taksówkarz zatrzymał się na ulicy nieopodal ławki, na której wyczekiwaliśmy otwarcia McD. Wypatrzył nadchodzącego kolegę i zaczął do niego krzyczeć w jakimś słowiańskim języku, po czym wsiedli do auta i po brawurowym w tył zwrot błyskawicznie zniknęli nam z oczu.

Kiedy do upragnionej siódmej brakowało pięciu minut, dotarliśmy pod bramy McD i zastaliśmy tam już dwie grupki ukraińskich robotników, tak jak my czekających na otwarcie. Po chwili przyjachało również trzech Hindusów na rowerach, które z tyłu przyczepione miały plastikowe skrzynki. Były puste, więc ich przeznaczenie pozostało dla mnie uwierająca mocno tajemnicą. Dwie minuty po tym, jak zegar wybił siódmą, tęgi Hindus przekręcił klucz w drzwiach i stanął naprzeciwko nas, sporego już tłumu. Pan Gupta zamienił kilka słów z pierwszą grupką robotników po czym wpuścił nas wszystkich do środka. Obsługa składała się z samych Hindusów – w ich wykonaniu nawet niemiecki nie brzmiał tak źle. Generalnie austriacka niemieckość jest faktycznie mniej niemiecka (oprócz bitte entwerten na bilecie i brukowcowej jakości darmowych gazet w krzykliwych kolorach).

Posileni globalną jajecznicą razem z robotnikami opuściliśmy ten przytułek dla ubogich, aby spokojnie podziwiać złote kule, zielonkawe pomniki i białe budynki wpisane na listę UNESCO. Wiedeń wydaje się być nadal miastem imperialnym. Jest imponujacy. Ogromny. Piekny, ale ogromny. Z powodu nadmiaru pałacowatych konstrukcji, wyraźnie zapamietałam tylko jeden budynek; neogotycki Kosciół Wotywny, z dwoma romantycznymi wieżami oraz pełnym kolorów i zdobień wnętrzem, pozbawionym jednak mariackiego przewspanialania.

Po multikulturowym śniadaniu, kiedy wraz z wybiciem ósmej minęła pora przeznaczona dla robotników i zbieraczy, nie widzieliśmy już tylu imigrantów, ulice wypełniali (po brzegi) turyści i prawowici Austriacy.

Wiedeń opuścić mieliśmy liniami AirBerlin, które w umiarkowanej cenie miały nas przetransportować do Rumunii. Jednak sprytni Niemcy pozbyli się ubogich podróżujących i w okienku wydrukowano nam bilet na FlyNiki. Na samolocie wymalowana była muszka plujka, a stewardessy nosiły różowe kaszkiety. Nie pozostało nam do zrobienia już nic innego jak tylko zasnąć i przespać porę darmowych kanapek w plastikowych pudełeczkach. Muszka Niki siłą swoich tytanowych skrzydełek i wyłupiastych oczu unosiła nas w stronę Bukaresztu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: