Upał*

Do termomerów pokazujących 35 stopni zdążyłam się już przyzwyczaić. Uważam wręcz, że jest chłodno, kiedy temperatura spada do 32. Jednak lato zbliża się nieubłagalnie. Świadczy o tym ilość muszek owocówek i komarów, których najpopularniejsza tutaj odmiana nazywana jest przez producentów sprejów owadobójczych tygrysami(po kilku nieprzespanych nocach przyznaję, że na tę nazwę zasługuje). Najgorsza jednak jest stale podnosząca się temperatura, która dziś podejrzewam oscylowała w granicach 40 stopni, dość znacząco utrudniając mi życie. Przy tej temperaturze bez klimatyzacji boli głowa i nie da się myśleć. Przez otwarte okno nie wpada żaden powiew, temperatura przekracza wielokrotnie dopuszczalne normy, a ja przyklejam się do krzesła. Na szczęście czas wyjść z domu. Pomimo późnej godziny, krótkich spodenek i butelki wody mineralnej w torbie, upałowi łatwo udaje się mnie pokonać. Oddycham z trudem, nogi puchną i przewidywalny czas dotarcia z punktu A do puntu B wydłuża się o średnio 25%. Po drodze postanawiam, że wracając do domu kupię sobie wiatrak u mojego ulubionego Chińczyka. Ogromny wiatrak z przerzutkami. Obliczam, że zostało mi jeszcze parę rezerwowych euro, a bez wiatraka po prostu nie wytrzymam. Myśl o chłodnej bryzie, którą zamierzam nabyć pozwala jakoś doczołgać się do celu. Porę roku doskonale obrazuje rozmieszczenie ludzi w kościele: wokół włączonych wentylatorow skupiają się grupki wiernych, podczas gdy oddalone od nich ławki stoją puste. Widać też wachlarze. Składane i rozkładane gestem szybkim i dostojnym zawsze budziły mój podziw dla kobiet z taką gracją się nimi posługujących. Upał. Upał jest wszędzie. Nawet grube mury nie mogą wiele zdziałać.

Przy wyjściu, w pełnym słońcu, siedzi trzydziestolatek z plastikowym kubkiem w garści i mamrocze do mnie, „jedna moneta, señora”.

  • Nie mam.
  • To niech mi pani kupi mleko, señora.

Jako, że tuż obok jest market, spuchnięty mózg się zgadza.

  • Dobrze, kupię ci mleko. Coś jeszcze?
  • Nic więcej, señora.
  • To czekaj tu, zaraz wracam.

On jednak zrywa się ze schodow i idzie za mną.

  • Bo ja mam dziecko, señora. Trzy dni ma.
  • Aha – odpowiadam z zainteresowaniem, z trudem podnosząc nogi.
  • I dlatego potrzebuję to mleko. Nutribe, numer 1, w żółtej puszce, od pierwszego dnia. Tak powiedział lekarz. Tutaj za rogiem jest apteka.

Eeee… Że co?!

  • Bo tutaj blisko też jest apteka, ale jest zamknięta, bo dzisiaj niedziela. Tam za rogiem jest otwarta. Spieszy się pani, señora?
  • Nie – mówię i błagam niebiosa, żebyśmy już dotarli do tej apteki, zanim umrę z gorąca, mimo że już siódma wieczorem.
  • Trzy dni temu mi się urodziło – mowi chłopak i uśmiecha się promieniejąc dumą szczęśliwego ojca. Zaraz jednak smutnieje i wyjaśnia: – Moja żona nie ma w ogóle mleka. Dlatego lekarz kazał kupić. Nutribe, od pierwszego dnia, w żółtej puszce. Powiedział, że nie może być inne dla mojego dziecka, bo ono musi mieć witaminy, señora.

Nagle zaczynam się zastanawiać, ile takie mleko może kosztować. Rany, rzeczy dla dzieci zazwyczaj są drogie. Ale może nie… Przecież takie mleko zalecone przez lekarza nie może być drogie. Żebyśmy już tylko dotarli wreszcie do tej apteki.

  • Tutaj na światłach trzeba skręcić, bo apteka jest za rogiem, señora.

Nie była za rogiem pięć minut temu? – zastanawiam się i przy okazji rozglądam się w około, czy przypadkiem nie pakuję się z obcym człowiekiem w jakąś bezludną dzielnicę. Ludzi sporo. Wczesny wieczór. Słońce na niebie. Chłopak wygląda normalnie. Ale bajka o mleku dla dziecka jest chyba idealną bajką do sprzedawania frajerom takim jak ja. To podejrzane. Upał jednak spowalnia moje myśli i możliwość reakcji, daję się więc przeprowadzać przez kolejne skrzyżowania.

  • Nigdy pani tego nie zapomnę, señora. Całe życie będę to pani pamiętał, señora. Że byłem w Sewilli i że taka młoda señora kupiła mleko dla mojego dziecka. Bo moja żona nie ma mleka. Muszę kupić Nutribe w żółtej puszce, tak lekarz powiedział. Wczoraj całą noc dziecko płakało. Śpimy w parku, señora. A wczoraj to podeszła taka para starszych ludzi i powiedziała, że jak stamtąd nie pójdziemy, to zadzwonią na policję. A co ja mam zrobić, jak pracy nie mam, nic nie mam. Nie wie pani, señora, o żadnej pracy?
  • Nie.
  • Ja bym chciał pracować. A tu mnie oszukali, señora. Pracowałem dwa tygodnie w polu i nie zapłacili mi, powiedzieli, wynoś się stąd lepiej. Ale ja poszedłem na policję i to opowiedziałem. Moja żona się popłacze, jak jej to mleko przyniosę, señora.

Heh, przecież to tylko mleko, myślę, zastanawiając się jednocześnie, czy jego opowieści powinnam dzielic przez dwa, czy przez cztery. Czy nie dzielić. Ale jak to, że nie dzielić…?

  • Zwolnij trochę, nie nadążam za tobą – mówią moje spuchnięte nogi.
  • Straszny upał dzisiaj, prawda, señora?

Niech się to już skończy, kupię ten wiartak, wrócę do domu, zjem kolację…

  • Już tutaj za rogiem jest ta apteka. O tutaj też jest apteka. To może wejdziemy, señora, ale nie wiem, czy tu będą mieli to mleko.

Wchodzimy. Nie mają. Zaczynam się zastanawiać, czy takie mleko istnieje.

  • Ale w tej aptece za rogiem mają na pewno, bo tak mi lekarz w klinice powiedział, a ja też poszedłem tam dzisiaj i zapytałem, i mają.
  • Aha. Skąd jesteś? – postanawiam wyrazić swoje zainteresowanie historią naciągacza, który chce wyłudzić ode mnie mleko w proszku.
  • Z Rumunii, señora. W Rumunii byłem taksówkarzem, ale zarabiałem tylko 300 euro.

No, sorry, stary, ale to akurat chleb powszedni nie tylko w twoim kraju, myślę i ocieram pot z czoła.

  • Przyjechaliśmy tutaj, bo mi powiedzieli, że tutaj się zarabia tysiąc. Ale nie mogę znaleźć pracy, ludzie mnie oszukują, patrzą na mnie podejrzliwie, bo jestem imigrantem. Za tydzień wracam do Rumunii. Nic tu nie mam. Nawet na autobus moja żona nie miała, żeby do szpitala pojechać. Na piechotę poszła. Nigdy pani tego nie zapomnimy, señora, że pani mleko dla naszego dziecka kupiła. Nic tu nie mamy. Ubranek dla niego też nie mamy. Moja żona nie ma nawet mleka, dlatego trzeba kupić Nutribe, w żółtej puszce, z witaminami. O tutaj już na końcu tej ulicy jest ta apteka.

Przez dwadzieścia minut przebiegłam pół miasta w pełnym słońcu, z rzekomym rumuńskim ojcem, co chwilę zadając sobie pytania co do sensu i prawdziwości tego wszystkiego, i nagle bach, jednak dotarliśmy do apteki. Zaskakujące. Rumun wskazuje niecierpliwie stojącą na półce ogromną puszkę mleka w proszku.

  • To jest to mleko, Nutribe w żółtej puszce.

Zdejmuję je z półki i idę do okienka.

  • Ile to będzie kosztować? – pytam.

Cena przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Nie wiem, co powiedzieć. Patrzę na ekspedientkę, patrzę na niecierpliwego Rumuna i ostateczie sięgam po portfel, w którym siedzą moje ostatnie pieniądze, które robią się coraz bardziej ostanie.

Rumun podbiega do kasy i zaczyna wypytywać farmaceutkę, jak się to mleko przygotowuje, ile, jak często.

  • Osiem razy dziennie, trzeba rozpuścić we wrzątku i przelać do butelki ze smoczkiem.

Jej wyjaśnienia wydają mi się wysoce abstrakcyjne. Humor zdecydowanie mi się pogorszył, jak zawsze kiedy spełnię jakiś tak zwany dobry uczynek o zabarwieniu ekonomicznym. Rumun żegna się ze mną i pospiesznie opuszcza aptekę. Ja postanawiam jeszcze chwilę w niej zostać i korzystając z klimatyzacji dojść do siebie. Czeka mnie teraz 40 minut marszu do domu, ponieważ cudowna komunikacja miejska w Sewilli, mimo że liczy dziesiątki linii, dzięki swojej wspaniałej organizacji praktycznie nigdy nie łączy dwóch punktów, między którymi potrzebuję się przemieścić. Trzeba się przesiadać i tracić mnóstwo czasu, do tego bilety godzinne nie istnieją. Tak więc 40 minut marszu w upale, zanim dojdę do mieszkania. Ale tam już koniec męki, włączę sobie wiatrak… Eee… Wiatrak? Bez większej nadziei przeszukuję portfel, w żadnym zakamarku nie znajdując dodatkowych banknotów. Powoli moja wizja wirującej maszyny zaczyna się zmniejszać i blaknąć, aż wreszcie rozpływa się w parującym od upału powietrzu. Najwyższy czas wracać do domu.

* Powyższy tekst napisałam tydzień temu. O naiwności! Co ja wtedy mogłam wiedzieć o upale… Od tego czasu temperatura zdążyła się podnieść: prognoza pogody mówi o 41 stopniach, w rzeczywistości w takim razie możemy mówić o 43 lub 45. Przy takiej pogodzie nie da się robić absoluntnie nic, wszystko działa w zwolnionym tempie, naciskanie opcji „publikuj” trwa około tygodnia, a wszystko inne jest po prostu niemożliwe.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: