Miasto

Miasto to przekleństwo i magia. Miasto da ci tyle, ile zechcesz, bierz tyle, ile uniesiesz, wszystko co ma, dobre i złe, może być twoje.

Stwórca długo się zastanawiał, czy bajki powinny gdzieś istnieć, te indyjskie, europejskie, tureckie, afrykańskie, latynoskie. Stwierdził, że powinny, ale żeby to było daleko, za górami, za wzgórzami, żeby nie latały tam tanie linie lotnicze i żeby dotrzeć tam można było tylko na piechotę. Żeby ludzie owego miejsca byli tajemniczy, dziwni, niezrozumiali dla przybyszów, żeby mówili jakimś absurdalnym językiem, powiedzmy, portugalskim. Żeby było dużo słońca i żeby mogły dziać się rzeczy.

Słoneczne popołudnie spędziłam w miejscu może sto na sto metrów rozległym. Chodziłam tam i z powrotem, stawałam i obserwowałam, siadałam i miałam cały świat w jednym miejscu. Miasto postanowiło stworzyć mały model wszechrzeczy, plac przy którym stoją trzy teatry i restauracja, jest parking, i plac budowy, jest brud, i jest piękno.

Chcesz, żeby wyglądało zwyczajnie? Proszę:

DSCN4895

Ma być fantastycznie?

DSCN4744

Ma być proza życia?

DSCN4757

Ma być poezja?

DSCN4896

Taka poezja nie bawi? Inna forma sztuki?

DSCN4752

To nie jest sztuka?

DSCN4852

Nie obraz? Ruch? Teatr? Ale jaki? Maria Vitoria? ABC? Variedades? Variedades to rozmaitości. Tak więc proszę, wybierać z rozmaitych:

DSCN4708

DSCN4715

DSCN4720

DSCN4863

Nie sztuka a natura?

DSCN4742

Cegły nie ładne? Tutaj czyste piękno:

DSCN4843

Natura, ale z cywilizacją?

DSCN4749

Cywilizacja, ale bez natury?

DSCN4746

Za nudne?

DSCN4835

Zbyt niepokojące?

DSCN4854

Za mało ludzką rękę widać?

DSCN4857

Samochody psują widok?

DSCN4882

A teraz natura ze sztuką?

DSCN4735

A teraz sztuka z miastem?

DSCN4725

A teraz trochę absurdu?

DSCN4732

No dobrze, ale gdzie tam jest jakieś życie?

DSCN4772

Zbyt zwierzęce?

DSCN4782

Nie pies? Kot ma być?

DSCN4873

A może pantera i dżungla?

DSCN4874

Nie dżungla? Cywilizacji trochę?

DSCN4807

Trochę nauk ścisłych?

DSCN4774

Zbyt ścisłe? Ma czymś zaskoczyć? Ma być dziwne?

DSCN4817

Ma wyrażać nieskończoność?

DSCN4820

O co jeszcze można prosić?

Chcę raju na ziemi!

Pff!

Tak roszczeniowe podejście nikogo nigdy daleko nie zaprowadziło. To już chyba trochę przesada z tym rajem.

Czy nie?

DSCN4758

Pchły

Malutki pies moich współlokatorów złapał pchły.

Kiedy poszłyśmy po lekarstwo, przyjęła nas bardzo ładna weterynarka. Soczystozielony uniform podkreślał kolor jej oczu. Niestety nie od razu mogła nam pomóc, ponieważ musiała zająć się najpierw żółtą papużką przyniesioną przez parę staruszków w plastikowym pojemniku po ciasteczkach.

Kiedy wracałyśmy do domu, niebo było niebieskie.

Kiedy wychodziłam z domu chwilę później, wszystkie ubrania i pościel szły właśnie do prania, a podłogi były gorączkowo odkurzane i  szorowane, w procesie zmywania z siebie obsesyjnej myśli o obecności robactwa.

Kiedy weszłam do kawiarni, dziewczyny już tam były. Złożenie zamówienia zajęło nam prawie godzinę. Carioca de limão to skórka cytryny zalana wrzątkiem. Zawsze obiecuję sobie, że od dzisiaj będzie to moja alternatywa dla herbaty.

Kiedy wszystkie musiały już iść, postanowiłam przejść się jeszcze raz ulicą, którą, mimo że jest w centrum miasta, ostatni raz szłam pięć miesięcy temu. Ostatnio wszyscy mówią o jednym miejscu, którego ja jeszcze nie zdążyłam zobaczyć. Czas zacząć widzieć więcej.

Kiedy wracałam już do domu, zobaczyłam kobietę, której bezdenny smutek kazał mi się zatrzymać. Jej rozpacz składała się z białej i czarnej farby, a wiersz nad nią wprowadzał również trochę zieleni. Był po polsku.

„Dotarcie do celu

to dotknięcie horyzontu zdarzeń

całkowity bezruch

ostateczna cisza”

Kiedy byłam już prawie na mojej ulicy, starszej pani zdejmującej pranie ze sznurka spadła na chodnik przed sklepem Pakistańczyków serwetka z kogutem, nieomal symbolem Portugalii wciskanym turystom w każdej postaci.

– Senhorita, może ją panienka podnieść i wsadzić do skrzynki na listy?

Kiedy wtłoczyłam już szmatkę w wąski otwór w drzwiach wejściowych dystyngowana staruszka ciepłym głosem wygłosiła ciąg podziękowań.

– Obrigada! Obrigada! Obrigadinha.

Kiedy wróciłam do domu, dostałam maila od właścicielki mieszkania.

„Tak, możesz zostać tak długo, jak zechcesz.”

Długo zechcę.

DSCN4698

Berlin

– Excuse me, do you know how to get to the bus station?

(Dziewczyna patrzy to na mnie, to na swojego chłopaka.)

– Bus station?

– Ja ja, ich verstehe, aber ich habe keine ahnung.

DSCN4277

herbata miętowa od Pakistańczyków

herbata miętowa od Pakistańczyków

Małe i jedno

Bairro de Santa Filomena to miejsce w Amadorze pod Lizboną, gdzie około 40 lat temu migrujący do miasta pracownicy zaczęli własnymi rękami budować sobie domy, bez żadnych zezwoleń. Dzisiaj w tym miejscu mieszkają głównie imigranci, z których wielu z powodu nasilającego się kryzysu jest bezrobotnych. Nawet ci, którzy mają pracę, zarabiają bardzo mało i rzadko więcej niż jedna osoba w rodzinie jest gdziekolwiek zatrudniona. W przeżyciu często pomagają sąsiedzi oraz przydomowe ogródki.

Miasto chce wyburzyć domy i odzyskać ziemię, o którą do tej pory nikt się nie upominał. Jednak podczas procesu wyburzania regularnie łamane są prawa człowieka i prawa gwarantowane przez portugalską konstytucję, na czele z prawem do godnego mieszkania za cenę proporcjonalną do przychodów.  Wszystkim osobom, których domy mają zostać wyburzone, powinno zostać zaoferowane mieszkanie komunalne z czynszem, który byłyby one w stanie zapłacić. Jednak w Amadorze nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Na bruk wyrzuca się rodziny z małymi dziećmi, osoby starsze i przewlekle chore, i nie oferuje im się ani pracy ani innego mieszkania.

Na wczoraj również zaplanowane były wyburzenia, ale dzięki walce mieszkańców, pomocy prawników i obecności mediów, maszyny, które zdążyły już przyjechać na miejsce, odjechały nie niszcząc żądnego budynku.  Grupa mieszkańców, w tym rodziny z małymi dziećmi, oraz wspierający ich aktywiści, przeszła do urzędu miasta, aby prosić o spotkanie z prezydentem i wymóc na nim wstrzymanie niezgodnych z prawem działań. Na miejscu czekała już policja, która nie pozwoliła wejść do budynku części osób, a pozostałe na różne sposoby próbowała przekonać do jego opuszczenia. Ostatecznie przez główne drzwi wszedł sam prezydent miasta, który nie raczył obdarzyć nawet spojrzeniem zgromadzonych w urzędzie ludzi.

Jednak coś udało nam się osiągnąć: domy stoją nadal tam gdzie stały wczoraj, a jedna z rodzin (jedna!) została zaproszona przez urząd miasta na rozmowę w poniedziałek. Jedno małe zwycięstwo demokracji oraz praw człowieka nad samowolą urzędników. Będziemy potrzebowali jeszcze milionów takich małych zwycięstw…

DSCN4317

DSCN4320

DSCN4322

DSCN4327

Santa Filomena

Dom, którego już nie ma

Następnego dnia ludzie jeszcze wygrzebywali z gruzów swoje rzeczy

Złota polska jesień

W drodze do łazienki, jak co dzień, dbając by moje stopy pozostały w mieszkaniu, wychyliłam resztę siebie za drzwi podwórkowo-balkonowe, żeby wykręcając głowę do góry czegokolwiek się dowiedzieć. Z powodu braku okien w mieszkaniu, jest to jedyny sposób, żeby zobaczyć jaki kolor ma niebo, objawiające się w postaci niewielkiego kwadratu gdzieś w górze. Było błękitne z puszystymi chmurkami. Myjąc zęby mogłam już planować piknik.
Chwilę później płynęłam ulicą w pełnym słońcu i machałam siatką pełną owoców przeznaczonych do zagryzania ciasteczkami podczas siedzenia na trawie. Idealny dzień na piknik, idealna noc na chodzenie po rozświetlonym płomykami świec najpiękniejszym cmentarzu Lizbony, Prazeres. Żeby do niego dojechać wystarczy wsiąść do zabytkowego żółtego tramwaju numer 28, który przejeżdża moją ulicą i wysiąść na pętli.
Chociaż nie. Moja ulicą nic nie przejeżdża, albowiem mieszkam przy „przecznicy”, a nie prawdziwej ulicy. Nie jeżdżą tędy samochody ani tramwaje, jedynie śmieciarka lekko zahacza codziennie koło drugiej w nocy. Za dnia dzieciaki z naprzeciwka grają tu w piłkę, która czasami wpada na nasz dach i muszą nas prosić o jej zdjęcie, dorośli robią grilla, którego swąd dochodzi jakimś cudem aż do mojego pokoju bez okien, suszy się pranie, gromadzą się worki ze śmieciami, które czekają na nocną ciężarówkę, starsi panowie wychodzą z gazetą pobyć na powietrzu.


Tak więc wystarczy wsiąść do tramwaju, który przejeżdża ulicą, od której odchodzi moja przecznica, i jadąc cały czas pod górkę wylądować prosto na cmentarzu. Ale to dopiero po pikniku.
Zgodnie z planem wróciłam do domu, zebrałam szybko wszystkie potrzebne rzeczy i kiedy po 10 minutach już zatrzaskiwałam za sobą drzwi, odkryłam, że niebo jest szare i pada. Zrezygnowana, dołączyłam do brodatego pana czekającego na tramwaj. Wyjęłam z torebki ulotki, które wręczono mi podczas manifestacji dzień wcześniej. Uchwalano budżet na przyszły rok i pod parlamentem zebrały się tłumy protestujących przeciwko cięciom wymaganym przez trojkę, czyli Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Przeczytałam list otwarty do Angeli Merkel i wezwanie do strajku generalnego 14 listopada (wtedy zastrajkuje również Hiszpania). Ostatnia kartka wyglądała jak reklamówka supermarketu i jak się okazało promowała nową partię lewicową. W końcu drynkanie prehistorycznego dzwonka oznajmiło koniec czekania.
Tramwaj wyjechał pod górę prosto na imponujące wrota cmentarza. Jego pętla to trawiaste rondo dokładnie naprzeciwko wejścia. Było pustawo. Stały dwa stoiska z kwiatami i pięć starszych pań. Nigdzie nie sprzedawali zniczy, jednak zapobiegawczo przyniosłam ze sobą własne światełko. Przed bramą nie było nikogo oprócz rozdających ulotki nastolatków. Obok bramy sterczała tabliczka mówiąca, że po 16.30 już wejść nie można, więc jednak oglądanie światełek po zmroku nie mogłoby dojść do skutku. Za bramą czekała piękna szeroka aleja i kościół, do którego wejście zastawiono ławką.


Cmentarz Prazeres został wybudowany po epidemii cholery w 1833 roku, obecnie to największy cmentarz Lizbony. Po obu stronach alei stoją przetykane cyprysami wspaniałe grobowce. Ogromne, zdobione na romantyczną modłę, gotycko strzeliste. Po niektórych stąpają anioły, na innych siedzą kamienne sówki.


Znowu wyszło słońce. Było pięknie. I pusto. Minęłam jedną starszą panią z kwiatkiem i parę Hiszpańskich turystów. Groby były puste, nagie. Na co dziesiątym widać było strzępki jakiejś prawdziwej lub plastikowej rośliny. Zero zniczy. A ja nie wzięłam zapałek. Nagle zwyczaj zwiedzania cmentarzy przestał mi się wydawać taki chory. Uznałam go za bardzo przydatny i podbiegam prosić o ogień Hiszpanów przechodzących równoległą alejką. Niestety po pięciu krokach mój płomyk zgasł, a duma nie pozwoliła mi się wrócić. Zauważyłam jednak trójkę staruszków układającą kwiaty na jednym z grobów sto metrów dalej. Niestety nie mieli ognia. Kolejny spotkany staruszek powiedział, że nie pali. Nie palili również turyści z Belgii. Zagadywanie zakonnicy nie bardzo pomogło. A nikogo więcej na cmentarzu po prostu nie było.
Niespodziewanie dostrzegłam jednak czerwony znicz u stóp jednego z grobowców. A więc one mimo wszystko istnieją, docierają na cmentarz kupione w jednym z chińskich sklepów. Z nadzieją podniosłam wieczko, starając się, by wiatr nie zdmuchnął płomyka. Napotkałam jednak na kolejną przeszkodę: drugą nasadkę, której zdjąć się nie dało i przez którą nie miałam jak przełożyć świeczki.
Z pomocą przyszła mi nowa lewica. Zwiniętej w rulon reklamówce udało się dotrzeć do płomyka i zapalić drugie światełko.
Stałam jeszcze przy grobowcu, kiedy do sąsiedniego podeszła starsza pani, wetknęła za kraty żółtego kwiatka, postała dziesięć sekund i uciekła, bo czekał na nią mąż i czekały pozostałe groby.


Tak więc byłam świadkiem, na jednym grobowcu zostawiono roślinkę. Reszta jednak była tak szara, jak tylko cmentarz może być szary. Nocne oglądanie ogników po prostu nie byłoby możliwe. Niektóre groby mają tabliczki „opuszczony”, niektóre grobowce stoją nawet otwarte i z daleka widać puste półki po trumnach.
Przeszłam przez bramę i znowu byłam w świecie zewnętrznym. Minęłam rondo tramwajowe i poszłam drogą prosto w dół, w stronę domu. Słońce świeciło mi w plecy a pod nogami leżały żółte liście, których nie sposób zobaczyć w innych częściach miasta. Pachniało złotą jesienią.
Kiedy przechodziłam koło parlamentu, policjanci spisywali właśnie łobuza, którego odkleili od drzwiczek tramwaju. Lizbona pełna jest tych warszawskich wisusów, podróżujących na gapę na zewnętrznych schodkach żółtych pojazdów. Chłopak usiłował się tłumaczyć, a ja przypomniałam sobie manifestację i tych policjantów, jak dzień wcześniej stali w odblaskowych kamizelkach na szerokich schodach parlamentu i bronili barierek oddzielających parlamentarzystów od woli ludu. Przypomniałam sobie grubą panią w berecie z daszkiem, która dała mi koszmarną kolorową ulotkę nowej lewicy, która zapłonęła tego dnia tak jasno i użytecznie. Pomyślałam, że warto protestować, bo czasem faktycznie widać efekty.

Szczęście, brak okien i nadmiar chujów

To uczucie prześladowało mnie przez cały dzień. Kiedy tylko uświadomiłam sobie, co się dzieje, zaczęłam obsesyjnie pragnąć powrotu do domu, żebym mogła wszystko naprawić. Przedłużające się zebranie w pracy coraz bardziej mnie irytowało, a ogrom rzeczy, które musiałam jeszcze zobić zanim dotrę do mieszkania, przerażał. Moje menelskie włosy nie dawały mi spokoju.

Podejrzewałam coś już od jakiegoś czasu, ale dopiero dziś uderzyło mnie to z całym impetem od dawna kumulowanej i nagle uwolnionej siły: szampon się tu nie pieni. Do wody dodają tyle chloru i innego obrzydliwstwa, że traci ona wszystkie swoje właściwości oprócz stanu ciekłego. Tak więc moje włosy przed i po prysznicu wyglądają dokładnie tak samo. Przytaszczyłam do łazienki butlę wody mineralnej i teraz ze spokojem patrzę w przyszłość.

Już czwarty tydzień mieszkam w Lizbonie. Przyjechałam tu w ramach programu Unii Europejskiej Młodzież w Działaniu, na tak zwany Wolontariat Europejski. Dzięki temu mogłam tutaj przylecieć, mam gdzie mieszkać i dostaję pieniądze na jedzenie oraz drobne kieszonkowe, moim obowiązkiem natomiast jest całkowicie poświęcić się pracy wolontariusza. (Tak na marginesie wspomnę tylko, że w kraju ludzi bez pracy moja nienajlepsza sytuacja finansowa dla wielu nadal jest godna pozazdroszczenia.)

Lizbona przywitała mnie swoim ciepłym nocnym światłem i tłumem ludzi celebrujących piątek na ulicach nieustająco biegnących w górę, w dół i znów w górę. Wąskie uliczki i suszące się pod oknami pranie przypominają klimat małych wiosek w zapomnianym już dawno dwudziestym wieku (a mieszkam w stolicy). Słońce grzeje tu codziennie, wino jest tanie i dobre, a budyniowe ciasteczka z cynamonem boskie. Poziom radości w Lizbonie podnosi również ogrom bezpłatnych imprez kulturalnych takich jak na przykład dzień mody, dzień sztuki, tydzień kina tureckiego, rok brazylijski oraz ogrom darmowych koncertów z okazji piątku czy soboty.

Miasto jest i słodkie i brudne, trochę lepkie i trochę śmierdzi. Widoki zapierają dech w piersiach, ale mój pokój nie ma okna. W zasadzie jedyne okno, które widuję w całym mieszkniu, to dość małe okno w kuchni, które wychodzi na przestrzeń będącą skrzyżowaniem podwórka z szybem wentylacyjnym.

Ulice są piękne. Fasady kamienic wyłożone są kafelkami malowanymi w niebieskie lub wielokolorowe wzory, ale wiele z tych wspaniałych niegdyś budynków jest zamkniętych na głucho, a połowa z nich ma dodatkowo wysprejowany napis „tyle domów bez ludzi, tylu ludzi bez domów”. Raczej trudno tu o kamienicę, której udałoby się całkowicie oprzeć wpływowi ulicy; graffiti i wlepki są po prostu wszędzie.

Ludzie wychodzą w kapciach do idyjskiego sklepu spożywczego na rogu, stareńkie tramwaje dzwonią na parkujące na środku ulicy samochody swoimi oldschoolowymi dzwonkami, a przystojni panowie policjanci tylko się śmieją, kiedy wchodzisz im pod koła radiowozu przechodząc w miejscu niedozwolonym. Można tu podziwiać wszystkie odcienie ludzkości; pewnie połowa z nas jest imigrantami, a druga połowa nie ma innego wyjścia jak tylko się z tym pogodzić.

W niedzielę organizujemy z naszą grupą wolontariuszy imprezę sportową w dzielnicy, w której znajduje się nasze biuro. Wszyscy będą mogli przyjść do parku i wziąć udział w bezpłatnych zajęciach na świeżym powietrzu. Wyszliśmy promować wydarzenie wśród mieszkańców, a ja podczas mojego spaceru dałam ulotkę również panu taksówkarzowi, który stał przy swoim aucie i zapytał, co reklamuję. Zapytał czy to ma być w niedzielę w parku i jednocześnie wyjął chuja ze spodni i zaczął się masturbować. Czarny kutas lśnił w pełnym słońcu dnia na środku ulicy, podczas gdy ręka taksówkarza miarowo się poruszała. Wkurw usósł we mnie w ułamku sekundy. Zapytałam czy chce, żebym wezwała policję i kazałam mu z tamtąd wypierdalać natychmiast. (W międzyczasie kalkulowałam wszystkie przeciw i przeciw wzywaniu policji, które mogłoby się dla mnie zakończyć kosą pod żebra w niedzielę w parku.) Tak więc stałam przy jego taksówce i krzyczałam, żeby wypierdalał, a on nawet trochę skurczyl się w sobie, zaczął przepraszać, wsiadł i przekręcił kluczyk w stacyjce. Żadne portugalskie przekleństwa nie przychodziły mi do głowy, ostatecznie rzucałam więc jakieś po angielsku dopóki nie odjechał, nie do końca wierząc, że je rozumie. Czułam się bezsilna językowo na tej mojej emigracji, czułam, że to nie fair, że nie mogę nawet chuja zwyzywać od chujów. Czułam, że to, co zrobił, uchodzi mu całkiem na sucho i w dowolnym momencie po prostu to powtórzy bawiąc się setnie po raz kolejny.

Ten mnie zaskoczył w pełni mojej beztroski, ale może chociaż następnym razem dupkom jego pokroju nie pójdzie już ze mną tak łatwo (przynajmniej dopóki nie zobaczę noża, albo spluwy, albo nie będę sama w ciemnym zaułku, albo nie będzie ich zbyt wielu, albo łotr nie będzie wyglądał na psychopatę, albo nie będzie to bardzo niebezpieczna dzielnica, albo typ nie będzie się uśmiechał naprawdę podle…).

Teraz już wiem, że Lizbona jest dokladnie tak brudna na jaką wygląda, a moim kolejnym zadaniem będzie nauczenie się niszowego narzecza prymitywnych słotrasynów pełzających cieniem i słońcem tego miasta.

moja ulica

moja ulica

Previous Older Entries